niedziela, 27 listopada 2016

Jak nie zwariować w samolocie podczas długich lotów?



       Wbrew pozorom lubię lotniska. Ogromna przestrzeń wypełniona dziwnym napięciem i oczekiwaniem, melancholijne „Do widzenia” i entuzjastyczne powitania. Uwielbiam obserwować ludzi. Wyobrażać sobie cele ich podróży, sytuacje, w których przełykając łzy, żegnają swoich bliskich lub rzucają się w ich ramiona zaraz po powrocie. Lotnisko pełne jest emocji! Już wyobrażam sobie lądowanie na polskiej ziemi,  płaskie, zielone tereny pokryte być może białym puchem. Urocze budynki i cała masa punkcików, które z lotu metalowego ptaka zdają się być tak małe. Łzy wzruszenia spływające po moich policzkach i wielki uśmiech na myśl o tym, że tam na lotnisku czeka już na mnie moja rodzina. Jeden z najwspanialszych momentów!

       Zanim to jednak nastąpi zmuszona jestem pokonać tysiące kilometrów, przemierzyć kraje, oceany i pokonać kontynenty. Czeka mnie 20-sto godzinna podróż samolotem, czego można się łatwo domyśleć, nie zaliczam do najlepszych atrakcji. Mimo, że tego typu podróże są w moim życiu na porządku dziennym, naprawdę nie należą one do ulubionych. Znalazłam jednak kilka sposobów, aby ułatwić sobie długie wyprawy i nie zwariować.





Jak ułatwić sobie życie?


      Przede wszystkim Sen! Nic nie zabija czasu lepiej, niż kilkugodzinna drzemka, słodki odpoczynek podczas, gdy ekipa pokładowa czuwa nad wszystkim, a Ty podnosisz powieki dwie godziny przed lądowaniem. Wypoczęta, wyspana i uśmiechnięta! To akurat idealna wersja lotów długodystansowych, która bądźmy szczerzy, bardzo rzadko się zdarza. Podczas momentów, w których przenosisz się do Krainy Snów pasażer siedzący obok wstaje do toalety, zaraz potem wraca i nagle przypomina mu się, że jego ciało ma ochotę na porcję rozciągania i krótkiego spaceru, stąd też Ty, Bogu Ducha winna sierota, musisz wstać raz jeszcze. Gdy uda Ci się zasnąć po raz kolejny, zapach odgrzewanego z mikrofalówki jedzenia drażni Twoje nozdrza, a wszyscy jak na komendę zapalają światła, prostują fotele i zaczynają rozmowy. Spanie w samolocie nie jest łatwe, lecz ja mam na to sprawdzony sposób! Zmęcz się! Jedną, a nawet kilka nocy przed lotem postaraj się nie spać. Osobiście wykorzystuję ten czas na aktywne życie nocne jak np. spacer przy blasku Księżyca, kawa i długie rozmowy nocą. Może to być również praca. Wszystko to, co sprawi, że podczas lotu padniesz ze zmęczenia.

Wygodny ubiór.


       Nawet jeśli uważasz, że Twoje ukochane szpilki są wygodne, a sukienka w niczym nie przeszkadza… Wierz mi, że w ciągu 20-sto godzinnych lotów wszystko przeszkadza. Postaw na wygodne spodnie dresowe i sportowe buty, a pogratulujesz sobie mądrego wyboru podczas podróży. Zabierz ze sobą również koc, ponieważ klimatyzacja na pokładzie naprawdę może dać się we znaki.

Przekąski i akcesoria.


         Gdy podróż dłuży się niemiłosiernie zawsze dobrze jest mieć coś na ząb. Można umilić sobie długie godziny lotu przeróżnymi przekąskami. Jednak przed zapakowaniem ich upewnij się, czy możesz wnieść je na pokład samolotu. Przepisy niektórych linii lotniczych bywają wymagające.
Pamiętaj również o podręcznych przyborach toaletowych tj. pasta i szczoteczka do zębów lub mokre chusteczki. Potrafią przywrócić do lepszej formy.






Jak nie zwariować?


       Wygodny ubiór, przekąski, akcesoria, a nawet próby snu to niewątpliwie przydatne wskazówki, ale co robić podczas tak długiego lotu i jak nie zwariować?

       Ratują mnie książki i pisanie. Uwielbiam jak wskazówki zegara przemieszczają się w szybkim tempie, podczas gdy ja przewracam kolejne kartki powieści. Zatracam się w fabule tak bardzo, że zapominam o prostym fakcie, że znajduje się ponad chmurami.

       Gra słów i tworzenie tekstów to kolejny sprawdzony sposób, aby czas umknął mi przez palce. Wtedy uwalniam swoje myśli i przelewam je na papier. Przenoszę się w inny świat, dzięki czemu lot wydaje się naprawdę znośny. Kolory nieba, zachody słońca podziwiane z malutkiego okna samolotu oraz oświetlone aglomeracje miejskie to cuda, które inspirują mnie. Spędzam dłuższe chwile na spokojnym wpatrywaniu się w niebo i zmieniającym się obłokom, oddaje się własnym przemyśleniom i refleksjom. Jest to czas kompletnego odcięcia się od świata. Nie rozpraszają mnie żadne maile, wiadomości, ani pokusa Instagrama. Uwielbiam te momenty analiz i wspomnień!

       W samolocie oglądam też filmy. W zależności od linii lotniczych, bardzo często można trafić na naprawdę świeżą kolekcję. Gatunki są zróżnicowane, więc każda romantyczna dusza lub wielbiciele akcji znajdą coś dla siebie. Wtedy pokład przeobraża się w kino. Komiczny widok, gdy większość pasażerów utkwi swoje spojrzenia w świecące ekrany, w tle słychać odgłos otwieranych opakowań jedzenia, a atmosfera w samolocie zdaje się komunikować: „Nie przeszkadzać! Seans trwa.”






       Długodystansowe loty mają swój wyjątkowy klimat. Ludzie stają się rozmowni i bardziej otwarci, jak gdyby wiedzieli, że skazani są na nasze towarzystwo kolejne długie godziny. Podczas takich podróży miałam przyjemność poznać intrygujące historie, marzenia i plany. Zgłębiałam powody wycieczek i bodźce, które ostatecznie zadecydowały o pozostaniu Obywatelem Świata.

       Rozbrzmiewa dźwięk z głośników na lotnisku. Podnoszę głowę i już wiem, że to zapowiedź mojego samolotu. Zbieram swoje rzeczy, zamykam laptopa i wyruszam w długą podróż powrotną do domu…


Trzymajcie się kochani i do zobaczenia w Polsce!


wtorek, 22 listopada 2016

Tego nie możesz przegapić w Seulu!



       Przeglądam kalendarz i nie dowierzam! Prawie trzy miesiące umknęły mi w zastraszającym tempie. Listopad przyniósł przepięknie barwioną jesień, niezapomniane wspomnienia, a także wyjątkowych ludzi, z którymi chociaż na chwilę zeszły się moje drogi. Kojące ciepło rozlewa się po zakamarkach serca na myśl o spędzonych tutaj miesiącach. Już niedługo otworzę swoją walizkę, a ona znów zdziwiona zapyta „Gdzie wybieramy się tym razem?” – „Do domu” – odpowiem z wielkim uśmiechem na twarzy.

Zanim to jednak nastąpi nadal kontynuuję swoją odkrywczą podróż ulicami Seulu. Chłonę zapachy i poznaję obyczaje mieszkańców, spotykam ludzi, których zapisuję głęboko w pamięci i uczę się od nich nowych rzeczy. W celu małego podsumowania przygotowałam dla Was listę rzeczy, których nie można przegapić, będąc w Korei Południowej.   



1.   Wieża Namsan


        Jeden z najwyższych punktów widokowych w Seulu, który ciężko było zwyczajnie zignorować. Migający nocnym światłem szczyt zapraszał mnie każdego wieczoru. Nie mogłam mu odmówić!
Pełną relację z wycieczki na samą górę i o rzeczach, które mogą zaskoczyć znajdziesz tutaj --> Turystyczna niespodzianka

2.   Myeongdong


       Dzielnica stolicy znana głównie z zakupowych szaleństw. Kręte uliczki pełne sklepów intrygujących projektantów, bogactw kosmetycznych oraz tradycyjnych przekąsek koreańskich. Miejsce mieszających się zapachów pieczonego chlebka jajecznego, pyszności z grilla, owoców morza, pieczonych kasztanów oraz kuszących świeżych soków. Największym rajem dla mojego podniebienia okazał się cieniutki naleśnik z bananem, nutellą i płatkami kukurydzianymi. Oczywiście uzależnienie od słodkości wygrywało za każdym razem, gdy moja stopa stanęła na Myengdong. Podczas pobytu tam osobiście stawiałam bardziej na dobrą zabawę, niż na zakupy. Próbowałam koreańskich potraw, z zaciekawieniem przyglądałam się występom publicznym, a kolekcje młodych projektantów przenosiły mnie w modowy świat wyobraźni.



3.   Przetestować kosmetyki koreańskie.


       Nie jestem fanką kosmetyków, a moja toaletka od kilku miesięcy ogranicza się do minimum, aczkolwiek przyznaję… Dałam się oczarować! Tysiące marek i ofert każdego dnia namawia do kupna, sprawdzenia, używania. Obowiązkowy MUST HAVE! No i poległam. Zaopatrzyłam się w krem do oczu i do twarzy z Innisfree, olejek do włosów o przepięknym zapachu oraz kilka przeuroczych szminek i pomadek do ust. Dopiero zaczynam swoją przygodę z koreańskimi kosmetykami, ale już teraz mogę spokojnie umieścić ten punkt na liście rzeczy niemożliwych do przegapienia w Korei Południowej. 

4.   Zobaczyć osoby po operacji plastycznej.


Twarz mumii zawiniętej w bandaże to codzienny widok dla niektórych dzielnic Seulu. Warto wgłębić się w ten temat, gdyż z roku na rok staje się on coraz bardziej popularny. Szczegółowo przeczytasz o tym w "Co z tą pewnością siebie?"

5.   Zjeść w restauracji, w której siedzi się na podłodze po turecku





6.   Spróbować kimchi i bi- bim- bab


       Bi- bim- bab to jedna z moich ulubionych potraw koreańskich. Potrawa w rozgrzanym jeszcze garnku, podawana na skwierczącym talerzyku. Pełna azjatyckich warzyw, których wybaczcie, ale nie jestem w stanie wymówić, oraz przypiekany ryż.

       W trakcie próbowania kimchi uważaj! Mnie nikt nie ostrzegł. Każdy Koreańczyk zaparcie twierdził, że kimchi nie jest pikantne. Jak dla moich ust był to istny żar, nawet hektolitry wody nie były w stanie mi pomóc. Co to takiego? Jest to nasza polska kapusta kiszona z przyprawami chili. Podawana jest jako przystawka w restauracjach oraz dodawana do każdego dania mięsnego.  

7.   Oddać się w ramiona rzeki Han.

       O zbawiennej obecności przyrody pisałam w tym poście --> Życie towarzyskie Koreańczyków- Riverside w Seulu


8.   Poczuć się malutkim wśród wieżowców i zgubić się w ulicznym tłoku.



9.   Galerie sztuki.


       Jest ich tutaj mnóstwo! Z zapartym tchem podziwiałam dzieła artystów z całego świata. Obrazy tworzące niesamowite iluzje ruchów, kolory, wypukłości i kosmiczne pomysły, jak np. wykonanie metrowego obrazu z odbijających światło metalowych krążków. 
Jednym z wyjątkowych była wystawa „Passage”, której fotografem był mój przyjaciel z Paryża. Starał się on uchwycić codzienny ruch w paryskim metro, a sposób w jaki złapał to w kadrze jest fenomenalny! Gra światła i kontrastów oraz atmosfera zdjęć sprawiła, że na chwilę przeniosłam się do stolicy Francji.
Artystyczne dusze z pewnością znajdą dla siebie wiele cennych unikatów.







10. Oddaj się magii w urokliwych kawiarenkach Seulu.


Specjalnie dla Was wybrałam 5 top kawiarenek, które zachwycają swoim oryginalnym wystrojem, tematyką i niewyobrażalnie przytulną atmosferą.


11. Zainspiruj się modową atmosferą na ulicach miasta.


Musze przyznać, że Koreańczycy idealnie łączą style ubioru i fantastycznie projektują własne kolekcje. Każdego dnia można podpatrzeć jak karmelowe płaszcze zwinnie podążają za ich pewnym krokiem, botki wystukują taktowny rytm, a kapelusze i inne dodatki dodają charakteru. Ulice Seulu są niczym wybiegi mody! 

12. Odwiedzić granicę z Koreą Północną.


Mnie się udało! Całą relację możecie zobaczyć tutaj --> Jak trafiłam na granice innego świata?
Gorąco zachęcam do pogłębienia wiedzy na ten temat.

13. Pałac Gyeongbokgung


Rozciągał się dumnie na dziedzińcu, zachwycał swoją kulturą i unikatową historią. Budowle powstałe w XIV w. do dzisiaj szczycą się popularnością i są jednym z najczęściej odwiedzanych przez turystów. Jest to miejsce, gdzie urzędowała dynastia Joseon, można zobaczyć pomieszczenia, gdzie cesarz przyjmował delegacje, omawiał ważne dla kraju sytuacje oraz odbywał spotkania polityczne. Mogłam również zwiedzić prywatną kwaterę cesarza, gdzie spędzał on tam swój czas wolny, czytając książki, popijając herbatę i odpoczywając po pracowitym dniu. To właśnie w jego rękach spoczywało bezpieczeństwo Korei.






Przechadzając się po dziedzińcu zaglądałam w okna starych domków, gdzie gotowano posiłki, modlono się i prowadzono normalny tryb życia, jakkolwiek odległy nam się teraz wydaje.

 Świetną atrakcją dla turystów jest również wypożyczalnia tradycyjnych koreańskich strojów tzw. Hanbok. Za uiszczeniem opłaty (ok. 30 zł ) każdy może włożyć na siebie odzież , którą nosili Koreańczycy setki lat temu. Przezabawnie było oglądać przebranych turystów, miałam wrażenie, że na każdym kroku spotykam ludzi, którzy nadal mieszkają w królewskich komnatach.  




Wycieczka do pałacu była dla mnie przeniesieniem się w zupełnie inny świat. Chociaż na chwilę mogłam odpocząć od zgiełku ulicznego, przerażających szczytów wieżowców i biegnących na oślep ludzi. Mogłam spacerować wzdłuż murów obronnych, podziwiać piękne sale i zachwycać się górzystym widokiem w tle.





       Moja lista rzeczy do zrobienia w Seulu dobiega końca. Jest jeszcze wiele miejsc, które zamierzam odkryć i oczywiście zabiorę tam Was ze sobą. Do Azji wracam już w styczniu, więc bądźcie gotowi na kolejne dawki azjatyckich klimatów.


Trzymajcie się ciepło! 


czwartek, 17 listopada 2016

Co jeśli "wszystko" znaczy "wystarczająco" ?



       Wszyscy biegną. Zapominają o śniadaniu, gonią ostatni autobus lub wściekle trąbią na innych kierowców, stojąc w korkach ulicznych. W pośpiechu gubią rękawiczki, które zdane na własny los mokną na zalanym deszczem i jesienną pluchą chodniku. Przechodnie potrącają się nawzajem, obijają o ramiona innych, rzucając niedbałe „Przepraszam” lub co gorsza „Sorry”. Mało kto zauważa starszą panią, która z wielkim wysiłkiem pokonuje każdy kolejny schodek, dźwigając ze sobą ciężkie torby, a uśmiech niewinnego dziecka jest ignorowany i gubiony gdzieś pomiędzy krzyczącym w głowie JA!


Podążaj dokładnie za planem wyznaczonym na dzisiaj! Bierz na siebie górę obowiązków! Stawiaj sobie coraz to wyższe poprzeczki, zapominając przy tym oczywiście o satysfakcji osiągniętych obecnie celów. Zgub się w wirze pracy! Odłóż najbliższych na później, a nawet zmień życiowe priorytety na te wygodniejsze. Pozbaw się słodyczy przyjemności małych rzeczy, bo przecież nie masz na to czasu.

       Wszyscy biegną w niekończącym się maratonie. Po lepszą pracę, pieniądze, mieszkanie, nowe auto i najmodniejsze kolekcje ubrań. Rozgrywka o lepsze życie trwa. A jeśli już masz wspaniałe życie, a nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy? Co jeśli każdego dnia możesz znaleźć tysiąc powodów do uśmiechu, ale zabiegana nie masz na to czasu? Czy możesz zatrzymać się i powiedzieć Jestem szczęśliwa! Mam wszystko! Gdzie „wszystko” wcale nie oznacza dosłownie wszystko, lecz wystarczająco.



      
       Moje wszystko to zapach kawy i spokojna muzyka jazz o poranku. Kiedy śpiew ptaków jest w stanie zagłuszyć moje myśli, troski i niepokoje, a przesuwające się po niebie obłoki wywołują uśmiech na twarzy. Spacery podczas których mój ulubiony błękit nieba (a takowy mam) prowadzi mnie po uliczkach miasta lub wiejskich dróżkach jak zaczarowaną.

       Moment, w którym płaczące azjatyckie niemowlę z szeroko otwartymi oczami patrzy na mnie i po chwili zapomina o grymasach poznając moją twarz z wielkim zaciekawieniem. Kiedy tak swobodnie zagląda w zakamarki mojej duszy i dotyka policzków.  Idealny jest również beztroski śmiech dzieci, rzucających się w objęcia rodziców lub widok spacerującej pary staruszków, trzymających się za ręce. Ich twarze tak szczęśliwe, pogodne, jak gdyby starość miała nigdy nie gościć w ich życiu.






       Wystarczająco dobra okazuje się również zawartość mojej szafy, kosmetyczki i zapotrzebowania na każdy dzień. Mam w nosie czy dany sweter, który noszę już drugi czy trzeci z kolei sezon jest nadal modny, a kosmetyki jakich używam zaliczają się do tych „popularnych” i „must have”. Całe szczęście nie czuję się w obowiązku podążać za masą nowinek, świeżych stylizacji i dziwnie niezaspokojonej satysfakcji. Przecież, gdy wydam wszystkie oszczędności na IPhone6 już za chwilę „wypadałoby” mieć IPhone7!
 Wystarcza mi również kubek gorącej herbaty w dłoni i czysta kontemplacja na tarasie, gdzie zapominam o ponad planowaniu mojego życia, tworzeniu kalendarzy i punktów z podpunktami do zrealizowania na cały dzień, tydzień i egzystencję. Istny minimalizm. Całkowite szczęście.


„ My, ludzie, jako cywilizacja doszliśmy do takiego momentu, że nie wytrzymujemy już własnych emocji. (…) Ludzie mają teraz wszystko, a tęsknią do najprostszego złapania drugiej osoby za rękę i wspólnego odczuwania.” 



       Wszystkie chwile, w których możesz zapaść się w sofę i przegadać cały wieczór z przyjaciółmi. Obserwować wyjątkowych ludzi, którzy otaczają Cię na co dzień. Widzieć ich uśmiechy i słuchać zabawnych historii. Uczyć się od nich coraz więcej i mieć pewność, że będą przy Tobie, gdy zaczniesz spadać. Jak wspaniały jest dotyk dłoni i przyjacielski uścisk, na który nasze serca szepczą: Jestem szczęśliwa.   




       Moje wszystko to bliskość osób, które kocham. Wieczory, kiedy kładę głowę na klatce piersiowej ukochanego i wsłuchuję się w rytm bicia jego serca, a taniec płomieni ze świeczek sprawia, że czuję się spokojna i bezpieczna. Kiedy we dwoje, nie mogąc zasnąć, układamy psy i kaczki z naszych dłoni, a cienie odzwierciedlają to na ścianie. Gdy siadamy na rowery i w zupełnej niewiedzy jedziemy przed siebie, odkrywając nowe krajobrazy, a po powrocie gramy w zabawne gry i pytania wymyślone przez nas. Kiedy życie wymaga od nas podjęcia ważnych zawodowych decyzji, a my zawsze wybieramy siebie nawzajem, rezygnując z kariery i ogromnych zysków finansowych. W takich momentach praca, pieniądze i wyścig szczurów nie mają znaczenia. Na końcu one i tak nie przyniosą tak nieokiełznanej radości, szczęścia i spełnienia życiowego.




Po co czekać na lepsze rzeczy w naszym życiu, jeśli już je mamy?

Zatrzymaj się chociaż na chwilę.
 Spójrz, jak wiele szczęścia jest dookoła Ciebie.
Czym jest Twoje wszystko? 


czwartek, 10 listopada 2016

Zabieram Was na casting w Azji!




       Ostatnie dni umykają mi przez palce! Ciągle w biegu pomiędzy tokiem zwariowanych myśli, codziennych obowiązków oraz załatwianiem wizy i biletów powrotnych do Polski. Oczywiście byłoby zbyt nudno wsiąść w samolot i przylecieć prosto do domu, stąd też w mojej drodze powrotnej zatrzymam się na dwa dni w ukochanym Taipei oraz kilka dni w Hiszpanii. Cały ten maraton wymaga ode mnie niezłej organizacji czasu  i planowania. Właśnie wtedy, biegnąc na kolejne spotkanie wpadłam na pomysł, że zabiorę Was ze sobą moi kochani Czytelnicy! Zapraszam Was na casting w Azji!

       Tą wycieczkę podzielę na dwa posty z uwagi na to, że castingi w Europie i w Azji znacznie różnią się od siebie. Czym? Tego dowiecie się w kolejnych artykułach! Dzisiaj bardziej szczegółowo wnikniemy w azjatyckie klimaty branży modelingu.

Jesteś gotowa? Zacznijmy naszą wędrówkę!                                          

Casting


       Nazwałabym to zwyczajną rozmową o pracę, lecz wtedy nie odsłoniłabym ciekawskim żadnej kurtyny i pozbawiłabym unikatowej formy owych spotkań. No cóż. Tutaj muszę Was rozczarować, bo castingi to nic innego jak właśnie rozmowa o pracę i samoprezentacja. Przy okazji obalę też jeden mit, że castingi są płatne. Znów Was rozczaruję- Castingi nie są płatne! Inaczej byłabym już milionerką, gdyż w Azji przechodzę przez kilka, a nawet kilkanaście spotkań dziennie! 

Jak to wszystko wygląda? Idźmy dalej! 

Przygotowania na casting


       No i tu się zaczyna… Przedpremierowa rewia mody! Ile dziewczyn- tyle gustów. Osobiście stawiam na naturalny wygląd, delikatny makijaż lub całkowity jego brak oraz wypielęgnowane włosy- to cały wysiłek jaki wkładam przed wyjściem z domu. Nie obowiązuje również żaden określony ubiór, co jest idealnym sposobem na pokazanie własnego stylu, a poprzez to osobowości. Możesz wskoczyć w wytarte jeansy i buty airmax lub elegancką sukienkę. Pamiętaj jednak, że sposób ubrania jest Twoją wizytówką w świecie mody.

Jedynym obowiązkowym dodatkiem, który musisz zabrać ze sobą to szpilki i oczywiście portfolio, czyli książka pełna Twoich zdjęć.



       Przygotowania na casting to nic innego, jak dobranie stylizacji i podkreślenie najpiękniejszych walorów jakie mamy. W tym miejscu zapewne pojawi się myśl: „ Ooo modelka, łatwo mówić. Długonoga, z wielkimi oczami. Ideał piękna.” Jednak moje doświadczenie, a także liczne obserwacje pokazały mi, że każda, dosłownie KAŻDA dziewczyna ma w sobie coś unikatowego. Nieważne czy jest modelką, aktorką, czy zdawałoby się zwyczajną dziewczyną, biegnącą na uczelnię. Każda z nas ma w sobie coś pięknego, zadarty nosek, podwójny podbródek, który dodaje uroku lub nieziemsko wielkie brwi. Stawiaj na urzekającą naturalność!

Spójrz w lustro… Jaka jest Twoja supermoc?

W drogę!


       W Azji można poczuć się jak gwiazda, a to dlatego, że modelka chodzi na castingi z osobistym managerem oraz kierowcą w komplecie. Chyba to sprawia, że jestem w stanie zrobić do kilkunastu castingów dziennie. Tutaj wielkie brawa dla wszystkich moich kierowców, którzy każdego dnia wnoszą uśmiech i życzliwość, a deszczowe dni kolorują kojącą muzyką oraz czymś słodkim na ząb. Sprawiają, że zatapiam się w ruchliwym klimacie miast, zza szyby auta zwiedzam wytarte szlaki turystów oraz tajemnicze uliczki, znane tylko wybitnym szoferom. Uwielbiam obserwować toczące się życie dookoła mnie, kołyszę się w rytm silnika, a moje myśli tworzą scenariusze. Bacznie wpatruję się w każdy zakątek w poszukiwaniu wiedzy o kraju i stolicy, w której obecnie przebywam. W trakcie takich podróży mój manager opowiada o tradycjach i przyzwyczajeniach danej dzielnicy, wskazuje miejsca, które warto odwiedzić lub restauracje, gdzie serwują najlepsze jedzenie w niskich cenach. Manager staje się po części osobistym przewodnikiem.





       Wracając do zawodowej rzeczywistości. Czas i miejsce spotkania jest z góry ustalone pomiędzy managerem, a projektantem tzw. Klientem. Każda agencja ma wyznaczoną godzinę, co pozwala na pominięcie długich kolejek, gdzie około setka modelek czeka godzinami na kilkuminutowy casting. Tak więc razem z dziewczynami z mojej agencji mamy własną listę spotkań na cały dzień i punktualnie podążamy za każdym punktem.

Spotkanie trwa!


       Gdy jesteśmy już na miejscu zazwyczaj oddajemy się w ręce managera, ponieważ Azjaci przeważnie nie mówią po angielsku. Stąd też mój booker jest pośrednikiem na każdym castingu. Opowiada o moich doświadczeniach, pokazuje portfolio i wyjaśnia, gdzie zostały zrobione poszczególne zdjęcia. Do jego zadań należy również ustalenie terminu i warunków sesji zdjęciowej w przypadku, gdy projektant jest zainteresowany danym typem urody modelki.

Kompozyty


       Stworzone dla projektantów w celu przypomnienia. Gdy casting dobiega końca, a modelki znikają, w głowie pojawia się tak wiele wątpliwości. Nagle dziewczyna z Polski zaczyna wydawać się ,,tą z Brazylii", wszystkie z nich miały niebieskie oczy, a ich wzrost sięgał sufitu. Tu muszę wspomnieć, że Azjaci widzą nas, Europejczyków przerażająco wysokich oraz są przekonani, że wszyscy powinniśmy mieć niebieskie oczy. W takiej sytuacji zbawienne okazują się kompozyty. 
Jest to nic innego jak wizytówka modelki. Na niej ulokowane są dane kontaktowe, pobieżne informacje tj. kraj pochodzenia, wzrost, kolor oczu i włosów. Aby kompozytka przykuwała uwagę  umieszcza się na niej również kilka najlepszych zdjęć z portfolio modelki. 

 


Co ja w takim razie robię na castingu?

       Jakkolwiek mało ambitnie to brzmi- Muszę dobrze wyglądać.
Przymierzam ubrania z danej kolekcji, a klienci sprawdzają czy krój leży na mnie zgodnie z ich oczekiwaniami. Najbardziej zabawnym faktem jest to, że Azjatyccy projektanci chcą zobaczyć na castingu jak modelka pozuje. Stąd też zaczyna się komiczny pokaz taneczny. W zależności od tematyki zbliżającej się sesji zdjęciowej klient prosi modelką o skróconą wersję pozowania. Słodkie uśmiechy nastolatki, seksowna kobieta, nutka sportowej aktywności lub ikona modowego stylu. Takie mini aktorstwo, akrobatyka i cyrk w jednym. Po tym wszystkim trwają debaty czy dany styl modelki pasuje do marki projektanta. Rzadko kiedy decyzja zapada od razu na castingu, na ostateczną odpowiedź trzeba czekać kilka dni, a nawet tygodni.

       Po dniu pełnym castingów zmęczenie naprawdę dopadłoby każdego. Jakkolwiek takie spotkania wydają się bardziej rozrywką, niż pracą, ale uwierzcie mi, że osiem, a nawet dziesięć godzin przebierania się, przemieszczania z miejsca na miejsce, a także samoprezentacji wykańcza doszczętnie. Dodatkowym akumulatorem w trakcie castingów są spotkania z ludźmi. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ożywi atmosferę luźną rozmową, żartami lub intrygującym tematem. Jest to również moja szansa na poznanie osób z różnych zakątków świata.




       Kończąc post wracam tym samym do mieszkania i zatapiam się w waniliowym zapachu świeczek oraz ciepłym objęciom koca.

Jak Wam się podobała wycieczka na casting?
Dajcie znać w komentarzach!


Ściskam! 


piątek, 4 listopada 2016

Top coffee places w Seulu


       Puszysta pianka, biały krem pokrywający wierzch kubka i wspaniały aromat wydobywający się z obłoków pary. Ogrzewa dłonie, pobudza zmysły, wprawia w niebywale inspirujący nastrój. Kawa. Sprawczyni mojego uzależnienia. Owładnęła mną do tego stopnia, że każde swoje kroki kieruję w stronę kawiarenek, a zapewniam, że Seul szczyci się tysiącem takich miejsc. Kto z nas z łatwością może odmówić przytulnym lokalom, które swoją różnorodnością zapraszają do środka? Ja na pewno nie! Ulegam prawie każdej kawie napotkanej na mojej drodze. Kawie wartej uwagi i zachodu…

Specjalnie dla Was (oraz z egoistycznego punktu widzenia- dla siebie) sporządziłam listę #5 top coffe places w Seulu.


Caffe Mamas


       Na pierwszy ogień! Przyznam szczerze, że nie planowałam zajrzeć do tej kawiarenki. Wielkie, mosiężne drzwi i zatłoczony parking obok odstraszały mnie skutecznie przez kilka tygodni. Caffe Mamas znajduje się dosłownie 3 min pieszo od mojego mieszkania, stąd też nie mogłam każdego dnia przechodzić obojętnie.
       Klamka zapadła! Kotary rozsunęły się, a pierwsza myśl po wejściu do środka to ,,zaskakujące!”



Przytulne oświetlenie dodające uroku starym okrągłym stolikom, typowym dla paryskich knajpek, olbrzymie okno, pozwalające na obserwacje pędzącego dookoła życia i ogromna sofa zasypana poduchami. Styl niewyszukany, lecz urokliwy. Miejsce stworzone dla wszystkich, o czym świadczy delikatna mieszanka utworów od starych klasyków, aż po najnowsze przeboje. Osobistą muzyką dla mnie okazał się o dziwo odgłos sokowirówki w tle, który tworzył swojski klimat.





Menu również okazało się nieprzewidywalne z uwagi na olbrzymią ilość świeżych soków, owoców i półmisków pełnych sałatek. Kawa waniliowa, orzechowa oraz słodkie ciasteczka domowej roboty zachęcały swoim aromatem i idealną ceną. W doborowym towarzystwie można spędzić tam kilka godzin, czując się zupełnie jak w domu.



Flobaris & Coffe

      
        Zakochałam się od pierwszego wejrzenia! Pomieszczenie pełne kwiatów, a ich zapach tańczył z aromatem kawy w rytm muzyki klasycznej. Ukochany przeze mnie dźwięk fortepianu tworzył elegancki i romantyczny klimat. Już na samym początku ekspedientka wyjaśniła nam koncept miejsca. Połączenie kawiarni z niezwykłą kwiaciarnią, gdzie można kupić zakonserwowane bukiety. Kwiaty sprowadzane są z Belgii lub Japonii, a następnie poddawane są wieloetapowym procesom. Żywa roślina pokrywana jest stopniowo cienkimi warstwami miedzi i niklu, a później zatapiana zostaje w metalu szlachetnym. Taka konserwacja pozwala na utrzymanie pęków nawet do trzech lat! 






Oczarowana rozpływałam się po całej kawiarence, oglądając i wąchając kwiaty na przemian. Wybór był ogromny! Cała ściana pokryta gotowymi do kupienia roślinami, wielkie lub mniejsze kompozycje, wszystkie cuda, tworzyły artystyczną wystawę.

Kawiarenka posiada szerokie menu, w którym można znaleźć dobrej jakości kawę, daleko odbiegającej od zwykłej wody z mlekiem. Tematycznym dodatkiem są również herbaty kwiatowe tj. magnolia, bratek, żeń-szeń, brzoskwinia lub chryzantema.




Jeszcze bardziej pomysłowe w Flobaris & Coffe okazały się stoliki na kawę. Pokryte szkłem, zza którego wyłaniał się dywan kwiatów lub ściółka leśna, pełna szyszek, mchu i malutkich gruszek. Kubek z kawą komponował się tam idealnie. Razem ze swoimi marzeniami mogłam przenieść się na łono natury, zapominając kompletnie o otaczającej mnie rzeczywistości. Za oknem hulał jesienny wiatr, a ja oddawałam się w objęcia zapachu kwiatów, muzyki klasycznej i  wymarzonej kawy.  





Espresso of Street


       Nie mogłam doczekać się wolnej chwili, aby zatopić się w nowej atmosferze kawiarni. Jest to miejsce z najbardziej oryginalną lokalizacją, jaką do tej pory spotkałam. Espresso of Street znajduje się na moście, tuż przy wiadukcie, jak gdyby pełniło rolę wieży kontrolnej. Lokal jest dość mały, ale zaprojektowany przestrzennie. Wysokie okna, pełniące również funkcję ścian, optycznie powiększają pomieszczenie, a rozciągający się widok na rzekę Han i zachód słońca tworzy spektakularny widok.






 Warto wpaść po filiżankę kawy lub kubek gorącej czekolady i poprzez oszklone ściany podziwiać zatapiającą się w rzece pomarańczową kulę.
 Idealne miejsce do czytania, pisania lub zwyczajnie, oddaniu się przemyśleniom. Tysiące myśli podążało razem z pędzącymi tuż pode mną samochodami. Próbowałam odgadnąć gdzie Ci wszyscy kierowcy zmierzają, czy żyją w pośpiechu, do kogo wracają, kto przywita ich w domu. Ciągły ruch przywołał tęsknotę za domem. Wszyscy przemieszczali się w zawrotnym tempie, kolory aut mieniły się przed moimi oczami, bieg z pracy do domu, wyścigi po dzieci do szkoły, zajęcia, odwiedziny… a ja nadal czekam, aby móc zobaczyć moją rodzinę. Moja romantyczna dusza co chwilę zatracała się  w coraz to innych refleksjach.






Eight Second


       Skromnie schowana przy jednej z głównych ulic miasta zwróciła moją uwagę swoim odmiennym wystrojem. Drewniane ławeczki, przykryte ciepłymi kocami o hipisowskich wzorach, pełno zieleni, co jest dla mnie zbawiennym elementem oraz odgrodzenie się od zgiełku hałaśliwych ulic. Idealne miejsce! 



Gdy otworzyłam drzwi do kawiarni, atmosfera przeniosła mnie do drewnianego domku na zboczu gór. Moim oczom ukazał się sufit pełen suszonych kwiatów, ręcznie robione wiązanki i klimatyczne stare lampy. Na pierwszy rzut oka stoliki wraz z krzesłami sprawiały wrażenie bałaganu i totalnej dezorganizacji, jednak gdy tylko ujęłam kubek gorącej latte w dłonie i zaszyłam się w przytulnym kącie, wszystko zdało się być idealnym projektem. Malutkie drewniane stoliki, ciepłe koce, grzejnik elektryczny obok mnie i otwarte drzwi na taras- przyjazny dla czworonogów, których możemy wziąć ze sobą. Całości dopełniała powolna muzyka i dźwięk gitary oraz saksofonu. Hałas uliczny zdawał się nagle tak odległy. Na chwilę zapomniałam o nieustającym biegu życia, a moja wyobraźnia malowała pejzaże, gdzie Eight Cafe znajduje się na zboczach gór, między bujnymi łąkami. Byłam w innym świecie. Uwielbiam takie miejsca!   

 





Dach


       Obserwowałam tańczące obłoki chmur z okna mojego pokoju, gdy Jahdai zapytał: „Do you wanna coffee?” – „Oooo, yes” – odpowiedziałam bez namysłu.
- Come with me… No i poszłam.




Z tarasu naszego mieszkania wdrapałam się na dach. Zrywając boki ze śmiechu z mojej niezdarnej wspinaczki usiadłam na brzegu i już wiedziałam, że jest to idealne miejsce na długie rozmowy i oczywiście kawę. Spędziliśmy wiele godzin rozmawiając i obserwując przemieszczających się pod nami ludzi. Wpatrywałam się w wysokie budynki dookoła mnie i łapałam ostatnie promienie letniego słońca.





 Przywłaszczyłam sobie również prawa do dekoracji otoczenia w moim własnym stylu. Ulubiony kubek grzał dłonie, a koc otulał ramiona. Jakkolwiek zabawnie to zabrzmi, siedziałam na swoim pokoju, a tym samym widziałam świat z innej perspektywy. Linia horyzontu była znacznie dłuższa i szersza, niż ta, którą przywykłam oglądać każdego dnia z okien domu. Dach sprawił, że czułam się wolna! Całe miasto zostało gdzieś w dole, a ja napawałam się widokiem świata. Zwyczajnie popijałam kawę, gawędząc z moim chłopakiem. W tle dobiegał nas śpiew ptaków, czyli najpiękniejsza muzyka świata i zdawało się, że nikt nas nie znajdzie... Oprócz jednego niespodziewanego gościa.

        Mała zbłąkana papuga złożyła nam wizytę i była chyba pierwszym klientem „dachowej kawiarenki”. Ćwierkała tak uroczo, domagając się uwagi. Nakarmiliśmy ją i obserwowaliśmy każdy ruch ptaka przez kolejne 30 min po czym, trzepocząc skrzydłami, zniknęła za linią horyzontu.

       Najwspanialsze spontaniczne momenty naprawdę nic nie kosztują!




       Właśnie rozpoczynamy weekend.
 Kto z Was wybiera się na kawę?
 Podzielcie się z mną swoją opinią, które z miejsc podoba Wam się najbardziej i jakie są Wasze ulubione klimaty w kawiarenkach?



Trzymajcie się ciepło!