czwartek, 22 grudnia 2016

Kilka dni w Hiszpanii




       Podczas gdy świąteczna bieganina trwa w najlepsze, ludzie nerwowo wyczekują w kolejkach i biegają za „ciągle niezałatwionym”, ja postanowiłam odpocząć. Razem z mamą wykupiłam bilety lotnicze, zarezerwowałam hotel i zanim zdążyłam się obejrzeć byłam już na miejscu. Ciepłe i tym samym wilgotne powietrze muskało moją twarz zaraz po wyjściu z lotniska, a błękitne niebo sprawiało, że szłam jak zaczarowana, wpatrzona we wszystko dookoła mnie. Rozłożyste palmy, leniwie kołysały się na wietrze, ludzie uśmiechali się tak życzliwie, a ja wdychałam zapach Barcelony. „Witaj ponownie”- pomyślałam.



       W planie kilkudniowego pobytu w Hiszpanii mieściły się dwie doby spędzone w Barcelonie. Spacerowałam uliczkami miasta z mocno bijącym sercem i uczuciem szczęścia i spokoju. Zupełnie jak w domu. Nie potrzebowałam żadnej mapy, metro, ani też przewodnika, moje nogi doskonale pamiętały każdą uliczkę, budowle i skrzyżowania ulic. Tylko przekorna Diagonal jak zawsze robiła mi psikusy i swoim niepodporządkowaniem do innych równoległych ulic, sprawiała, że traciłam rozeznanie na kilka sekund. Słynna Sagrada Familia, łuk triumfalny, parki, a nawet sklepy i restauracje, które odwiedzałam kilkakrotnie… Wszystko to nadal było. Stało zupełnie nienaruszone jak kilka lat temu. Tylko ja powróciłam zupełnie odmieniona.


      
       Swoje pierwsze kroki skierowałam na La Rambla, czyli słynny deptak katalońskiej stolicy. Restauracje, budki z tradycyjnymi przekąskami, sklepiki z pamiątkami i inne różności rozciągają się na kilka kilometrów. Razem z mamą oddałyśmy się w ramiona hiszpańskiego gwaru i przechadzałyśmy się deptakiem długie godziny. Naszą uwagę przykuł również niewielki jarmark świąteczny płożony tuż nieopodal La Rambla. Z dziecięcą radością podziwiałam renifery z czekolady, zdobione choinki i kolorowe pakowane prezenty. Wprawdzie w  klimat wpisywała się ciepła temperatura oraz stragany pełne świeżych tropikalnych owoców, można było poczuć atmosferę nadchodzących świąt.

Słynne hiszpańskie churros.




        Po wyczerpującej wędrówce udałyśmy się do restauracji przy porcie i po obfitej kolacji, zmuszone przez deszczową aurę, musiałyśmy wrócić do hotelu. W pokojowych atrakcjach nie zabrakło długich pogawędek przy gorącej herbacie, a także chwili relaksu dla mnie w gorącej wannie wypełnionej po brzegi białą pianą. Marzenie… ! 




       Gdy następnego ranka otworzyłam oczy, pogratulowałam słońcu, że wygrało z czarnymi chmurzyskami. Ubrałam się w dość wiosenny outfit i po typowo słodkim hiszpańskim śniadaniu udałam się na odwiedziny Barcelony. Nie sposób zliczyć ile kilometrów przemierzyłam tego dnia! Zaglądałam w najmniejsze uliczki, buszowałam po sklepach z pamiątkami, wdychałam barcelońskie powietrze, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Oczywiście jako pierwszą tego dnia odwiedziłam katedrę Sagrada Familia. Fenomenalna architektura, szczegółowe zdobienie i historia, którą szczyci się budowla, sprawia, że niejedna wieża Eiffla czy mediolańskie Duomo nie dorasta jej do pięt. Z biegiem lat katedra pnie się ku górze, zachwycając swoją unikatowością i pięknem.







       Kolejno przyszła pora na Łuk Triumfalny i Park Ciutadella. Jako ciekawostkę muszę powiedzieć, że jest to jedyny łuk triumfalny na świecie, który nie ma charakteru militarnego. Wybudowano go tylko i włącznie z myślą o sztuce, co sprawia, że wygląda on o wiele dostojniej i ciekawiej. Spacerując głównym deptakiem pełnym palm, przechodniów i sprzedawców balonów oraz pamiątek, dochodzimy do najstarszego parku -Park Ciutadella i właśnie tam odnajduję krajobrazy najbliższe memu sercu. Ogromne pola zieleni, różnorodne rośliny, alejki ogrodowe, a wszystko to skąpane w promieniach słońca. Napawam swój wzrok tym przepięknym widokiem, wsłuchuję się w otaczające mnie odgłosy i z rozmarzeniem obserwuję dzieci, biegające wokół olbrzymich rozmiarów baniek mydlanych.





        W tym momencie czas mógłby zatrzymać  się, a ja nie miałabym nic przeciwko temu. Wiedziałam jednak, że kolejne kroki zaprowadzą mnie w coraz to piękniejsze miejsca. Tak tez doszłam do fontanny Cascada, która jest jedną z najpiękniejszych, jakie widziałam. Przez pierwsze minuty nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że oto właśnie stoję przed typową budowlą z Księgi Dżungli i z niecierpliwością wyczekuję skaczących małp. Szum wodospadu, wpadającego do sztucznego jeziora, bogato zdobiona architektura i roślinność tworzy razem idealną całość. Po obu stronach znajdują się rzędy schodów, dzięki którym można podziwiać budowlę oraz cały park z góry. Miejsce niebywale królewskie!





       Bajkowe krajobrazy nieustannie przewijały mi się przed oczami i zdawałam sobie sprawę, że nie sposób zobaczyć wszystkiego, ale podświadomie nie mogłam doczekać się wyjazdu z Barcelony. Z niecierpliwością oczekiwałam podróży do bliższego mi hiszpańskiego miasta. Z wypchaną po brzegi walizką po raz kolejny wymeldowałam się z hotelu i wsiadłam w pociąg. W zawrotnym tempie mknęłam wzdłuż wybrzeża, podziwiając morskie pejzaże, a z każdym kilometrem przybliżałam się do upragnionego celu.



Tarragona


       Miasto położone ok. 100 km od Barcelony. Miejsce, które tętni zupełnie innym życiem, ma wspaniałe szlaki turystyczne, a mieszkańcy są najmilsi na całej kuli ziemskiej! Miasteczko, które odwiedzam kilkakrotnie w ciągu roku, gdzie znam historie ludzkie, a powietrze pachnie jak dom. Miejsce, gdzie wychowywał się mój chłopak. To właśnie On był celem mojej podróży. Gdy tylko znalazłam się w jego objęciach świat nabrał intensywniejszych barw, słońce zdawało się grzać przyjemniej, ptaki śpiewać głośniej, a jedzenie smakować lepiej. Esencja miłości!




       Kolejne 3 dni pełne były rozmów, śmiechów i czasu spędzonego w gronie najbliższych. Miałam okazję odwiedzić moją hiszpańską rodzinę, próbować coraz to nowszych tradycyjnych potraw i być otaczana ciepłem oraz miłością. Nie sposób opisać jak kochani są Hiszpanie, otwierają swoje serca na innych ludzi tak bezinteresownie i szczerze.
       Niedziela była wyjątkowym dniem z powodu urodzin Jahdai. Wspólnie z domownikami stwierdziliśmy, że należy zaplanować dzień pełen emocji i niespodzianek. Mój chłopak nie miał zielonego pojęcia co będziemy robić, a ja razem z moimi przyszłymi teściami planowałam atrakcje, łamiąc sobie język początkującym hiszpańskim. Na pierwszy ogień poszło przemiłe miasteczko Cambrills. Nie jest mi ono obce, gdyż poprzednie wakacje poznawałam je szczegółowo, jeżdżąc rowerem między wąskimi uliczkami. Cóż za wielka zmiana, gdy w grudniowy poranek miasteczko wolne było od turystów, tłoku i hałasu. Spacerowaliśmy brzegiem morza, podziwiając port i olbrzymie jachty. Wdychaliśmy zapachy owoców morza dobiegające z restauracji i leniwie wystawialiśmy twarze do słońca.




       Chwilę potem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przemieściliśmy się w tzw. Góry czerwone –Mont Roig. Nazwa jak najbardziej słuszna, ponieważ skały są koloru czerwonego. Wspinaliśmy się po niewielkich górach, podziwiając rysujące się przed nami pejzaże. Zielone pasma lasów i mikroskopijne domki napawały mnie uczuciem wolności i szczęścia. Nie ograniczały mnie żadne problemy, obowiązki, a nawet jak zapewne zauważyliście przez te kilka dni pozostałam zupełnie odcięta od mediów. To był wspaniały wypoczynek i naładowanie baterii!




       Jakkolwiek lista zaplanowanych atrakcji na niedziele nadal była długa… Po męczących wędrówkach i godzinach spędzonych na świeżym powietrzu wszyscy marzyliśmy o czymś do jedzenia. O to postarali się rodzice Jahdai, którzy zarezerwowali stolik w przepięknej restauracji. Zajadaliśmy się tam owocami morza, sączyliśmy wino, a nasze podniebienia i dusze czuły się jak w raju. Po kończącym ucztę deserze przyszedł czas na moją niespodziankę, która zarezerwowana była tylko i wyłącznie dla dwojga. Udaliśmy się do luksusowego SPA nad brzegiem morza. Do tej pory mam przed oczami zaskoczoną i pełną niedowierzenia twarz mojego chłopaka. Jego szeroki uśmiech i niepewne oczy, pytające: „ Naprawdę idziemy do TEGO SPA?”. Nie miałam wątpliwości, że niespodzianka udała się. W SPA spędziliśmy 3h. Błogi czas pełen lenistwa, relaksu i spokojnych rozmów. Plusk wody, romantyczne oświetlenie i kawa, która wypiliśmy nie wstając z leżaków. Wreszcie mieliśmy czas dla siebie. Oboje wypoczęci naładowaliśmy baterie na kolejną niespodziankę tego dnia.



       Ostatni punkt programu nie był mi znany, więc kiedy weszliśmy do mieszkania dziadków Jahdai byłam równie zaskoczona jak mój chłopak. Nagle rozległo się głośne śpiewanie i śmiechy, a moim oczom ukazała się cała hiszpańska rodzina (a muszę przyznać, że mój chłopak szczyci się dość liczebnym gronem kuzynów, wujków itp.)  W pokoju pełnym gwarów i śmiechów zjedliśmy późną kolację, towarzyszyliśmy przy dmuchaniu świeczek, śpiewaniu i klaskaniu. Iście hiszpański temperament do białego rana!

       Czas w Hiszpanii uciekł mi przez palce. Za każdym razem, gdy odwiedzam ten kraj mam nieodpartą chęć pozostania na stałe. Atmosfera, którą roztaczają ludzie wokół, zapach powietrza, widoki i prowadzony przez nich styl życia, zdaje mi się tak bliski. Zupełnie jak w domu…

Nos vemos pronto España! – co znaczy, że będę tam wracać bezustannie.



       A tymczasem zabieram się za planowanie i przygotowywanie świąt. Przyznaję, że nie zrobiłam kompletnie nic w tym kierunku! Z ciepłym promykiem hiszpańskiego słońca zostawiam Was tutaj i wpadam w otchłań kuchni i zakupów.


Wesołych Świąt Kochani! 

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Tam, gdzie nie dociera słońce…



       Deszcz wystukuje o parapet dziwnie znajomy rytm, krople wody urządzają wyścigi na szybie okna. Magiczna gonitwa. Która pierwsza spadnie w dół? Wiatr smaga gałęzie drzew, znajdujących się tuż nieopodal okna mojego pokoju. Jesienno-zimowa szaruga rozgościła się w najlepsze. Po tej  stronie jest tak cicho i przytulnie, pies chrapie na kolanach, ulubiony kubek zachęca aromatem kawy, a w tle słychać już świąteczny jazz. Zza ściany dobiegają mnie ciche odgłosy sąsiadów, a ja uśmiecham się ze spokojem, że życie nadal toczy się wyjątkowym torem.

       Nie ma słońca. To coś, co nie daje mi spokoju od kiedy wróciłam do Polski. Zachmurzone niebo, łyse drzewa, zimno przenikające serca… Witam w Krainie, gdzie nie dociera słońce. Ludzie zniesmaczeni są pogodą, wyglądem, sytuacją życiową i finansową, a nawet wczorajszym obiadem. Wszystko takie szare, deszczowe i ciężkie. Nie ma słońca.

            Zdjęcia z moich zakurzonych folderów sprzed lat. Sesja zdjęciowa ze wspaniałą, utalentowaną Magdą

A co, jeśli słońce kryje się gdzie indziej, niż w ogromnej złotej kuli?


       Z własnego doświadczenia wiem, że słońce lubi płatać figle i często chowa się za chmurami deszczu i problemów. Wiem również, że niekoniecznie muszę je widzieć, aby czuć rozlewające się we mnie ciepło.
       Złotą kulę mogę znaleźć w uśmiechu najbliższych, w rozmowie z nimi i zwyczajnym szczęściu ich obecności. Promienie słońca dotykają mojego serca, gdy widzę radość dzieci. Ich zabawa podczas nauki robienia balonów z gumy do żucia wydaje się czymś tak banalnym, a jednocześnie magicznym. Roześmiane buźki, beztroska i miłość do świata. Rozpływam się w centrach handlowych, gdzie ludzie trwają w świątecznych gonitwach, a ja wpadam w ten wir razem z nimi. Mam wtedy wrażenie, że cały świat oszalał na punkcie dawania sobie prezentów. Jak wspaniale gdyby było tak przez cały rok!



        Moje prywatne słońce znajduję, gdy potrafię cieszyć się deszczem. Uwielbiam wsłuchiwać się w dźwięk uderzających o parasol kropel, zatapiam swój wzrok w kałużach i obserwuję fale, wywołane wiatrem. Możecie nazywać mnie dziwakiem, ale właśnie tam znajduję swoje promienie słońca. Złotą kulę znajduję również w szafie pełnej ciepłych swetrów. Dziękuje wtedy Bogu, że w naszym kraju są cztery pory roku i tak wiele możliwości. Czasem współczuję mieszkańcom krajów tropikalnych, że nie jest im dane widzieć śnieg, a o przytulnej atmosferze przy kominku, gdy za oknem zawierucha, mogą zapomnieć.       
       Słońca należy szukać w ludziach. W sposobie ich miłości, w tym jak okazują troskę i zainteresowanie. W historiach starszych ludzi, którzy widzą znacznie więcej, niż nam się wydaje. 



       Szukajmy, gdzie tylko to możliwe! Nawet z pozoru szare niebo może podarować nam uśmiech.

Więcej optymizmu!

A Ty? Gdzie znajdujesz swoje słońce?



czwartek, 8 grudnia 2016

Cztery kraje w 4 dni!



       Po niebywale zwariowanym tygodniu wreszcie zasiadam przed klawiaturą błękitnego laptopa. Moje palce odnajdują znane im szlaki i w przypływie szczęścia same wystukują rytm. Litery układają się w wyrazy, a te kolejno w zdania. W taki właśnie sposób opowiem Wam jak odwiedziłam cztery kraje w zaledwie cztery dni!  





       Gdy otworzyłam oczy w mroźny poranek pierwsze co ujrzałam, to wypchana po brzegi walizka, szafa była kompletnie pusta, a kosmetyki zniknęły z półek. Rozejrzałam się dokładniej i przypomniałam sobie, że poprzedniego dnia zdjęłam również ze ścian najbliższe memu sercu zdjęcia. „Przeprowadzam się po raz kolejny” – pomyślałam i z dreszczykiem podniecenia postawiłam stopy na podłodze. Tak zaczął się poranek w Korei Południowej. Ostateczne pakowanie, taszczenie ciężkich bagaży (podczas czego śmiałam się, że mój dobytek z ostatnich sześciu miesięcy mieści się w zaledwie 25 kg) oraz dojazd na lotnisko. Po drodze łapałam ostatnie widoki Seulu i szczegółowo zapisywałam je sobie w pamięci- ogromne mosty pełne luksusowych aut, Koreańczycy ubrani w puchowe, grube kurtki i pojedyncze znajome wyrazy w ich języku. Na koniec zasmakowałam pikantnego jedzenia, które jest typowe dla Korei Południowej i ruszyłam na podbój kolejnego kraju.

       Po zaledwie 3 godzinach znalazłam się w objęciach drugiego domu. Wilgotność powietrza dopadła mnie tak drastycznie, że zmuszona byłam wyskoczyć z ciepłych swetrów, które założyłam jeszcze tego ranka w Korei Południowej. Temperatura sięgała prawie 20 stopni Celsjusza, a przede mną rozciągała się perspektywa 24h spędzonych na Tajwanie. Podczas drogocennych godzin w Taipei miałam okazję wyściskać moich przyjaciół i rozkoszować się przesympatyczną tajwańską kulturą, rozpieszczać podniebienie fantastyczną kuchnią wyspy oraz przetrwonić kilka „minut” na udane zakupy. Nie spodziewałam się również, że w ciągu niecałej doby w tym kraju będę miała możliwość na odkrycie swoich talentów muzycznych. Niespodziewanie znalazłam się w klubie karaoke, gdzie spędziłam wieczór pełen śmiechów, muzyki i tańca.





       Zanim zdążyłam zaakceptować godzinną różnicę czasu, cieplejszą aurę i inne jedzenie, moje ciało ulokowało się w fotelu samolotu w drodze do Europy. Cudem przespałam niewyobrażalnie długi lot i nagle moich uszu dobiegał znajomy język. Z chińskiego „Xie Xie- dziękuję” automatycznie przestawiłam się na „Gracias”- jak łatwo można się domyśleć wylądowałam w Hiszpanii. Błękitne niebo pozłacane promieniami słońca oraz ciepło i otwartość Hiszpanów sprawiły, że mimo ogromnego zmęczenia byłam gotowa na kolejną dawkę wrażeń. Już po wyjeździe z lotniska spostrzegłam, że tutejsze słońce jest znacznie ostrzejsze, na co nie były przygotowane moje oczy po półrocznych azjatyckich smogach. Z zapartym tchem podziwiałam widok palm i górzyste tereny, a moich uszu dobiegał cudowny język hiszpański.




        Dzień w nowym kraju wypełniony był odwiedzaniem rodziny i przyjaciół, którzy zorganizowali małe przyjęcie powitalne z tradycyjną paellą na stole. Śmiechy, uściski i długo wyczekiwane rozmowy trwały aż do białego rana. Razem z moim chłopakiem przemieszczaliśmy się z knajp do restauracji aż po główne rynki miasta. Nie pamiętam nawet, kiedy oddałam się w objęcia Morfeusza, a już alarm przeraźliwie zmuszał mnie do wstania o 5 rano! Dzięki czemu mogłam chłonąć widok wyłaniającej się pomarańczowej kuli. Buenos dias Hiszpanio!




       Jakkolwiek dzień ponownie zaczął się od nerwowej gonitwy, sprawdzania czy mój bagaż został w pełni spakowany, kolejne lotnisko, odprawy i samolot. Po 3 godzinach lotu ze zdziwieniem zauważyłam, że wyłapuję z tłumu urywki rozmów, które jestem w stanie zrozumieć. Mały chłopiec mówiący do pluszowego misia, zatroskana mama, podekscytowani studenci… Tysiące słów zaparcie pchało się do moich uszu, a ja doskonale potrafiłam zrozumieć. Przez chwilę zatęskniłam za komfortem, który towarzyszył mi w Azji. Nie musiałam słuchać, ani rozumieć chińskich narzekań, kłótni czy wulgaryzmów, wybierałam to, co chcę słyszeć i pamiętać. Mimo wszystko cudownie było znaleźć się w Polsce. Znajome zapachy i odgłosy uświadomiły mi jak bardzo tęskniłam za domem. Pokochałam łyse drzewa, szarugę za oknem i przeszywający wiatr. Znalazłam się w objęciach moich najbliższych, a tego żadne krajobrazy i podróże i nie są w stanie zastąpić.




       Zwariowane cztery dni, pełne przygód, obcych języków i kultur zaprowadziły mnie do stacji końcowej- Witaj Polsko! Po raz pierwszy z tego kraju witam Was, moi Kochani Czytelnicy!

Jestem ciekawa jakie zwariowane podróże przeżyliście!?

Koniecznie opowiedzcie mi o nich w komentarzach!


Trzymajcie się ciepło!




    

czwartek, 1 grudnia 2016

Małe- Wielkie plany na grudzień.




       Wreszcie mogę przywitać grudzień! Z ogromnym uśmiechem przewracam kartkę kalendarza i jest! - 1 grudnia 2016 r. Jeden z najbardziej wyjątkowych miesięcy roku. Czas, w którym wszelakie problemy i zmartwienia blakną, kłótnie nie mają racji bytu, a ciepło przenikające nasze serca odzwierciedla się w iskierkach w oczach i wielkich bananach na twarzach. Ulice  wypełniają się drzewkami świątecznymi, a każdy zakątek szczyci się piękną dekoracją w postaci śnieżynek, bombek, stroików i tysiąca innych diamentów! Zaczyna się nerwowa, ale jakże niesamowita gonitwa za prezentami i przygotowywaniem świąt. Biały puch, skrzypiący pod butami jest jakby wisienką na torcie. Śnieżynki spadają delikatnie na rzęsy, policzki i kosmyki włosów, nadając szalenie magicznej atmosfery. W grudniu topnieją najbardziej zatwardziałe serca, uśmiechy są szersze, a uściski mocniejsze. Każdy! Każdy daje oczarować  się tej aurze. Witaj Kochany Grudniu!

      
Z tej okazji przygotowałam Małe- Wielkie plany na ten wyjątkowy miesiąc.
Jesteście ciekawi moich pomysłów?
Zapraszam do czytania i kto wie-  Może sami wykorzystacie któryś z nich?
Gorąco zachęcam!




List To Do In December



Podaruj uśmiech!

       Nie ma lepszego prezentu niż szczery uśmiech. Podaruj go wszystkim! Ekspedientce, która każdego dnia pakuje Ci świeże pieczywo, kelnerce, która z uśmiechem parzy dla Ciebie kawę. Spraw mały prezent sąsiadce, bibliotekarce, czy kierowcy taksówki. Oni wszyscy zasługują na to. Wierz mi !

Pamiętaj o najbliższych!

       Zrób specjalną rezerwację i zatrzymaj wskazówki zegara. Tak po prostu. Wyłącz telefon, zamknij laptopa, bądź offline chociaż na jeden wieczór i spędź czas z najbliższymi. Uwielbiam wolne dni, kiedy razem z mamą mogę rządzić się w kuchni. Między rosnącym zlewem, a pachnącym ciastem zawsze znajduje się czas na śmiechy i rozmowy. Idź na spacer, pobiegaj ze swoim czworonogiem, graj w gry planszowe. Znajdź czas dla najbliższych!

Zakochaj się!

       …i wcale nie mam tutaj na myśli zwariowanych poszukiwań Twojej drugiej połówki.
Gdy kilka dni temu spadł pierwszy śnieg  w Korei nie mogłam powstrzymać się od skakania z radości jak mała dziewczynka. Wtedy też zaparzyłam herbatę z imbirem i cytryną i po prostu zamarłam. Siedząc przy oknie obserwowałam wirujące płatki śniegu, patrzyłam jak spadają z nieba i z wielką gracją opadają  na dachy domów i mój taras. Miliony malutkich cudów! Z moich ust wydobył się cichy szept: „Jestem zakochana w tym przepięknym świecie”.





Przypomnij sobie…

       Przypomnij sobie jak to jest znów mieć 10 lat, cieszyć się z lepienia bałwana, robienia aniołka w śniegu, czy odczuwaniu dreszczyku podniecenia na myśl o Świętym Mikołaju. Przypomnij sobie tą dziecięcą beztroskę, dzięki której czułaś się wolna i szczęśliwa. Zapomnij chociaż na moment o osądach i wieku. Rób to, co podpowiada Ci serce! Tańcz, wirując razem z płatkami śniegu, śpiewaj Merry Christmas w sklepie i pozwalaj sobie na pierniczki w kształcie reniferów. Powróć do czasów dziecięcej beztroski, a magia na pewno zapuka do Twoich drzwi.

Obudź w sobie artystę!

      W tym miesiącu postaw na kreatywne rozwiązania. Samodzielnie upiecz ciasta ( jeśli nigdy tego nie robiłaś), udekoruj dom, wycinając śnieżynki, wieszając bombki i zapalając lampki. Daj się ponieść wyobraźni!
       Odnośnie artystów osobiście nie wyobrażam sobie świąt bez zapierających dech w piersiach utworach Frank Sinatra oraz Michael Buble . Istna magia! 


Pomagaj!

       Zawsze ogarnia nie smutek na myśl o przerażającej liczbie dzieci, które nie spędzają świąt Bożego Narodzenia w gronie rodzinnym. Myślę o ludziach, dla których ten wyjątkowy czas jest jednym z najcięższych do przetrwania. Wtedy przychodzę z pomocą! Nie ma lepszego uczucia niż świadomość, że nawet najmniejszych gestem możemy sprawić uśmiech na twarzy człowieka. W wielu miastach organizowane są akcje charytatywne, szlachetne paczki i wszelkiego rodzaju zbiórki. Zdobądź się na gest i bądź aktywna.





Dogadaj się ze swoją duszą!

       Wszyscy trąbią o świętach, biegają w popłochu zakupów, gotowania i sprzątania. Dają się omamić reklamom, komercji i całym wyścigom, wyobrażają sobie idealne święta, a po ich zakończeniu ze zdziwieniem pytają –„ To już po świętach?” Zdaje się zapomnieli co zakłada Boże Narodzenie. Świętowanie narodzin Tego Najwspanialszego. Zajrzyj w głąb siebie i spróbuj odpowiedzieć sobie na pytanie: Co będę celebrować w tegoroczne święta? Po odrobinę inspiracji zapraszam na bloga Justyny , gdzie znajdziecie drogocenne wskazówki. 

     
       Ze świątecznymi piosenkami w tle życzę Wam niewyobrażalnie magicznego grudnia!

Koniecznie powiedz mi jakie Ty masz plany na ten wyjątkowy miesiąc?