wtorek, 30 maja 2017

Maj pod lupą




       Jeden z ulubionych miesięcy w roku właśnie dobiegł końca. Wypełniony pierwszymi promieniami słońca,  dłuższymi wieczorami i bukietami świeżych kwiatów. Czas, w którym budzimy się do życia, mamy więcej motywacji i uśmiechu na twarzy, a energia aż rozpiera nas do działania. Mój maj dzielę na ten przed i po. „Przed”, kiedy oddawałam się błogiemu lenistwu w domu, spędzałam czas z najbliższymi i połykałam książki w zastraszającym tempie. Oraz na czas „Po”, gdy spakowałam swoje walizki i rozpoczęłam życie w Paryżu.

      Zapraszam na kolejny post z serii Miesiąc pod lupą!





Zawodowo


       Od ponad tygodnia moje dni wypełnione są castingami, czyli spotkaniami z projektantami mody, odwiedzam swoją paryską agencję, aby wykonać kilka polaroidów, czyli naturalnych zdjęć oraz poznaję miasto na tyle, aby móc w nim sprawnie funkcjonować. Z racji tego, że moja zawodowa rzeczywistość w ostatnich tygodniach maja to wyłącznie castingi, już niedługo wprowadzę Was odrobinę w świat modelingu i zabiorę Was razem ze mną na casting w Paryżu. Bądźcie czujni! 





Blogowo


      W tym miesiącu przyznaję ze smutkiem,  że nie poświęciłam wystarczająco czasu na blogowanie. Zabieganie oraz życie na walizkach sprawiło, że nie mogłam w pełni oddać się Paulina G Lifestyle. Tym samym cieszę się, że brakowało mi tego miejsca i już w następnych dniach zamierzam nadrabiać pisanie, bez którego nie wyobrażam sobie życia.

       Mimo napiętego grafiku udało mi się stworzyć dla Was 7 wpisów, a najchętniej odwiedzane to:





             Dziękuję kochani za obecność tutaj, za aktywność i motywujące słowa. Tym samym witam nowoprzybyłych czytelników i mam nadzieję poznać Was bliżej już niedługo! Możecie znaleźć mnie na Fanpage'u oraz instagramie -> G_Pauli. Dajcie się lepiej poznać! 



     

Sielankowo

 
       Beztroski czas w maju wypełniłam książkami, domową kawą i kwiatami. Maj oficjalnie uznaję za miesiąc kwiatów, które nie raz ratowały mnie przed czarnymi chmurzyskami oraz spóźniającą się wiosną. Kolorowe tulipany, tradycyjne róże czy skromne stokrotki dekorowały pokój i stół w salonie,a tym samym moje myśli.

       Oczywiście maj nie byłby majem bez pierwszego grilla, którego miałam okazję celebrować w gronie rodzinnym. Relaks na świeżym powietrzu, wdychanie zapachu nadchodzącego lata, czy niestety, spalonych kiełbasek to zdecydowanie zapach szczęścia i wolności w tym miesiącu. Jakkolwiek kolejna część maja również przyniosła mi odrobinę wakacji i sielskiego nastroju. W związku z francuskim świętem zyskałam tydzień wolnego! Długi weekend był idealnym momentem na wizytę mojego chłopaka w Paryżu. Po prawie miesięcznej rozłące potrzebowaliśmy czasu razem. Tydzień minął nam na błogim lenistwie w hotelu, spacerowaniu po uroczych paryskich uliczkach i delektowaniu się kawą oraz moją miłością- croissantami. Odwiedziliśmy wieżę Eiffla, rzekę Sekwanę, przechadzaliśmy się między historycznymi budynkami, podziwiając architekturę i obserwując spowolnione życie mieszkańców stolicy. Znajduję w tym mieście tak wiele inspiracji, że już nie mogę się doczekać tworzenia kolejnych artykułów! 






Zakupy


       Moja walizka wzbogaciła się w tym miesiącu o nowe buty. Pierwsza pozycja to niezastąpiona para Nike. Czarno-białe, sprawdzające się w każdej sytuacji. Po prostu idealne! Urzekły mnie również baleriny z wiązaniem na kostce. Zdecydowanie must have w tym miesiącu!

       Trochę kosmetycznie- zaopatrzyłam się w nowy krem do twarzy Lirene. Moja nowa miłość do kosmetyków zaczyna dawać o sobie znać. Uwielbiam sprawdzać nowości, testować, czytać składy itd. Winę zwalam na wspaniałe blogi kosmetyczne, których strony internetowe pochłaniają mnie doszczętnie!





         Jeśli chodzi o przyjemności dla duszy to ostatnio karmię się książką „Bóg w wielkim mieście”. Póki co nie zdradzę szczegółów, ponieważ na ten egzemplarz poświęcę odrębny post. Wolne chwile w towarzystwie książki umilam sobie także muzyką jazzową. Za idealne dźwięki i wprowadzenie mnie w zupełnie inny świat odpowiedzialne są bezprzewodowe słuchawki Sudio Sweden. Ambitnie spełniają swoje zadanie i jak do tej pory nie zawiodły mnie ani razu!





       Również dla Was, moi drodzy Czytelnicy mam prezent! Dzięki kodzie rabatowym paulinaglifestyle15 wpisanym przy zamówieniu słuchawek Sudio Swedn zyskacie 15% zniżki! Rozgośćcie się na oficjalnej stronie marki www.sudioswedem.com/pl i sprawcie sobie prezent!     


4 najlepsze zdjęcia maja


       A oto najlepsze zdaniem obserwatorów zdjęcia na instagramie.





A w jakiej atmosferze upłynął Ci maj? Z przyjemnością poczytam o tym w komentarzach.

Buziaki!


piątek, 26 maja 2017

Dzień Mamy




       Odkąd pamiętam zawsze była przy mnie. Ubierała mnie w urocze spódniczki i czesała w dwa warkocze. Śmiała się z czułością, gdy wracałam do domu ze zdartymi kolanami do krwi. Opatrywała rany nie tylko te widoczne na zewnątrz. Zawsze wiedziała, gdy miałam złamane serce lub tysiące trapiących mnie nastoletnich problemów. Jej obecność w domu można było poznać po nieskazitelnym porządku i aromacie  szarlotki z cynamonem, wydobywającym się z piekarnika. Nazywam ją swoją najlepszą przyjaciółką, a siebie samą- szczęściarą, że mam tak wspaniałą rodzicielkę, Moją Mamę!  




        Przestworza Internetu już od kilku tygodni krzyczą o idealnych prezentach na Dzień Matki, każda marka walczy ze sobą o klientów, dając niewyobrażalnie najlepsze rabaty na wyjątkową okazję. Dzień, w którym kosmetyki i biżuteria masowo wyskakują z pięknie zapakowanych prezentów, a kwiaty sprzedają się jak świeże bułeczki. Idealnie! Nie jestem przeciwniczką  komercyjnej otoczki wokół różnych świąt. Uwielbiam celebrować każde chwile bukietem kwiatów, nową torebką czy lśniącą biżuterią. Szelest otwieranego pudełeczka, perfumowane kartki z życzeniami i najmniejsze drobiazgi naprawdę mogą stworzyć magiczną chwilę.  Zdecydowanie opowiadam się za obdarowywaniem prezentów, organizowaniem niespodzianek czy spełnianiu materialnych zachcianek najbliższych, ale...
                                                                                                                               

Pod warunkiem!


      ...że Prezent pełni rolę drugoplanową! Nieważne czy będzie to kosmetyk z tzw.wyższej półki, torebka  sławnego projektanta czy bukiet kwiatów. Liczy się otoczka świętowania. Celebrować nie znaczy obdarować prezentem i kontynuować swoje plany i codzienną rutynę. To całkowite zanurzenie się w tym wyjątkowym dniu. Zaproś mamę na kawę lub ugotujcie coś wspólnie. Wysłuchaj jej, bo być może wśród zapracowanych dni nie poświęcasz jej wystarczająco dużo uwagi. Zwróć uwagę na jej prośby i marzenia. Wydobądź z siebie największe pokłady miłości. Zapomnij o tym, że czasem denerwuje Cię jak nikt inny, a swoim zrzędzeniem doprowadza Cię do białej gorączki. Przytul ją. Podziękuj za wszystko co dla Ciebie zrobiła i powiedz „Tak się cieszę, że jesteś”. To może być najpiękniejszy prezent pod słońcem.

 

Moja bohaterka


       Każda mama jest na swój sposób wyjątkowa. Moja jest bohaterką. Śmieje się nawet wtedy, gdy wiatr wieje jej w oczy. Buzia jej się nigdy nie zamyka i zawsze wie co powiedzieć lub doradzić. Jej serce przepełnione jest tak wielką miłością i czułością, że nie sposób się w niej nie zauroczyć. Walczy z przeciwnościami losu jak lwica. Cieszy się z małych rzeczy jak dziecko. Jest przy mnie niczym anioł. Zawsze.  Nawet teraz, gdy klepie w klawiaturę w paryskim mieszkaniu przy tłocznej ulicy. Ona przy mnie jest. Czuwa, uspokaja, rozśmiesza. Moja mama- bohaterka.





A Twoja mama, jaka jest?

Zadzwoń do niej lub pojedź w odwiedziny. Przytul ją najmocniej i powiedz „Dziękuję,że jesteś”.   


sobota, 20 maja 2017

Moje pierwsze 24h w Paryżu




       Ostatni artykuł o moich pierwszych zmaganiach w Korei Południowej wzbudził duże zainteresowanie. Nadal widnieje w czołówce najpopularniejszych postów na blogu, więc możecie przeczytać go tutaj ->KLIK. . Dzisiaj czas na kolejną przygodę i podbijanie stolicy mody. Chcecie wyruszyć razem ze mną do Paryża? Zapraszam!




       Pierwsze minuty po wylądowaniu nie należały do najłatwiejszych. Moja zdezelowana walizka okazała swoją zbuntowaną naturę. Zbuntowaną do tego stopnia, że suwak pękał w szwach, a jedno z kółek zostało wyłamane. Podejrzewam, że właśnie w taki sposób odpłaciła mi się za lata przerzucania jej z samolotu do samolotu oraz nadmiernego wypychania jej po brzegi. Mam za swoje!  Z głośnym stękaniem oraz ponad trzydziestokilogramowym obciążeniem ruszyłam do autobusu. Dla zainteresowanych podaję kilka wskazówek, dotyczących dojazdu do Paryża z lotniska Beauvais.

        Koszt biletu wynosi 17 euro. Bilet można zakupić na terminalu dla autobusów zaraz po wyjściu z lotniska lub zabezpieczyć się rezerwacją dokonaną online na stronie ->www.aeroportparisbeauvais.com

       Cały proces kupowania biletu i doczłapania się z bagażem do autokaru zajął mi wieki. Być może dlatego kierowca wyglądał na zniecierpliwionego i z grymasem na twarzy sprawdzał mój bilet. Mimo ponad dwudziestu pięciu stopni Celsjusza bił od ludzi chłód i arogancja. Moje serce od razu zatęskniło za Hiszpanią zawsze pełną ciepła i ludzkiej serdeczności. Z dziwną nostalgią wpakowałam się do autobusu i rozpoczęłam prawie dwugodzinną podróż do serca Paryża. Po drodze mijaliśmy zielone łąki pokryte dywanem kwiatów, drzewa z bujnymi koronami liści i małe kręte dróżki. Nie widziałam żadnych budowli, magazynów czy wieżowców. Zwyczajnie piękny dziewiczy teren! Po tak długim czasie spędzonym w Azji to było dla mnie niebywałym zaskoczeniem!

       Szczególną uwagę zwróciłam na urocze tabliczki z nazwami miejscowości.Brązowo- białe prostokąty, a na nich niczym pędzlem namalowane symbole danej wioski. Jedna szczyciła się winem, inna średniowieczną architekturą, a jeszcze kolejna kusiła świeżymi wypiekami. Wspaniały sposób na wprowadzenie turystów w klimaty panujące w poszczególnym rejonie.




       Przestrzeń i bujna zieleń zniknęła z moich oczu bardzo szybko, a na jej miejsce wskoczyły wieżowce pomieszane z francuskimi kamienicami. Zdobienia na balkonach, wysokie okna i rzeźbienia na budynkach. Wszystko to na miarę paryskiego stylu i elegancji. Całości dopełnił przejeżdżający na rowerze mężczyzna. Ubrany w jasny garnitur w kratkę z idealnie dopasowanym kapeluszem na głowie. Zmagając się jednocześnie z ruchem ulicznym oraz gazetą rozłożoną na kierowniku.

- Brakuje mu tylko bagietki pod pachą. – pomyślałam i wybuchnęłam głośnym śmiechem.

       Wysiadając z autobusu na stacji Porte Maillot uderzył mnie gorący zapach spalin, a ciężkie powietrze zaczęło znacznie drażnić moje nozdrza (Żegnajcie zielone lasy!).  Szybko złapałam taksówkę, targując się przy tym o rozsądną cenę i z poczuciem ulgi rzuciłam się na tylne siedzenie auta. Temperatura sięgała dwudziestu sześciu stopni, ramiona dźwigające bagaże odmawiały mi posłuszeństwa, a Paryż właśnie bił rekordy w najdłuższych korkach Europy. Z okna taksówki obserwowałam zmieniające się sygnalizacje świetlne, zachwycającą architekturę miasta oraz biegających w pośpiechu ludzi. Akurat zanosiło się na deszcz. Widok spadających kapeluszy, rozwianych włosów i ubrań walczących z podmuchami wiatru wywołał przekorny uśmiech na mojej twarzy. Zupełnie jak gdyby wiatr droczył się z gwiazdami stolicy mody. Nie wyglądało to „idealnie” tak jak zawsze pragną tego Paryżanie.




       Gdy dojechałam pod mój nowy adres zamieszkania na zegarze dochodziła już dwudziesta. Otworzyłam ciężką, żelazną bramę, wdrapałam się z całym dobytkiem na pierwsze piętro i rozpoczęłam urządzanie się na nowo. Jak wiecie, zmieniam adres co trzy miesiące.

      Pokój, który dostałam przypomina wielką komnatę w starym i ubogim stylu. Wysokie sufity, a tym samym strzeliste okna. W prawym rogu znajduje się drewniana toaletka z grubą zdobiona ramą lustra. Zawieszone kotary zasłaniają okna od strony ulicy, a wielka szafa podjęła się wyzwania na przetrzymanie moich gratów. Uroku dodaje wiklinowy fotel, na którym już w mojej wyobraźni pochłaniam tony książek i artykułów. Czas zadomowić  się w nowym miejscu!




       Po spokojnej nocy ze snu wybudził mnie poranny hałas uliczny. (Oh! Już tęsknię za zielonym rajem, jaki mam wyglądając z okna pokoju w Polsce lub wielkim tarasem w Korei.) Z bolącymi mięśniami po wczorajszym treningu bagażowym wskoczyłam w elegancki outfit i łapiąc szybką kawę wyruszyłam na spotkanie z agencją. Po wylewnym przywitaniach i uściskach dopełniłam wszystkich formalności tj. karta miejska, francuska karta sim oraz polaroidy, czyli kilka moich naturalnych zdjęć. Booker- osoba pracująca w agencji modelek przygotował moją książkę ze zdjęciami i wyruszyłam na pierwszy casting. Nagle znalazłam się w wielkim świecie mody! Manekiny ubrane w kreacje Channel, sławne modelki uśmiechające się do mnie z bilbordów i tłumy projektantów. Bonjour Paris!



Część mojego portfolio w Paryżu




       Zajadając późny obiad skrobię dla Was prosto ze Starbucks’a. Zerkam na zegarek, wdycham głęboko powietrze i biegnę na kolejny casting. Łapcie mnie na instagramie G_Pauli oraz fanpage’u Paulina G Lifestyle i bądźcie na bieżąco.  Już wkrótce ukaże się na blogu modelingowy post o tym, jak wygląda casting w Paryżu.


Życzcie mi szczęścia!

Ściskam!  




wtorek, 16 maja 2017

Czy dbasz o siebie wystarczająco?




       Przemierzam szarą kostkę chodnika. Słyszę stukot moich butów, a wolną rękę wsuwam do kieszeni kurtki. Zimno! Zdecydowanie zimno jak na maj! Deszcz zacina mi prosto w twarz. Końcówki włosów, wyglądające zza kaptura niemiłosiernie skręcają się w spuszone loki. Kątem oka dostrzegam w lustrze z wystawy sklepowej  jak czerwienieje mi nos. Prawe ramię zaczyna boleć mnie od ciężaru torebki, a ja uśmiecham się wbrew wszystkiemu!

       W lewej ręce niosę bukiet czerwonych tulipanów. Delikatnie rozłożone kwiaty podskakują z każdym moim szybkim krokiem. Czuję mokre liście i uspokajającą mnie zieleń. Myślami wkładam je już do wazonu wypełnionego wodą i ustawiam w pokoju na oknie. Zaraz potem siadam obok nich z kubkiem gorącej herbaty i rozkoszuję się ich obecnością. Ta błoga perspektywa skłania mnie do stawiania coraz dłuższych i szybszych kroków. Żaden deszcz, pochmurne niebo czy ciężka torba nie są mi w stanie przeszkodzić! Będę miała tulipany w pokoju. Tak mała rzecz, a jak wielkie szczęście!




      

Tak łatwo zapomnieć...


       Zdarza Ci się nie mieć czasu na przeczytanie kilku rozdziałów książki? Nie pamiętasz, kiedy ostatnio delektowałaś się pysznym deserem w kawiarence, a na samą myśl o przyjemnościach dla siebie robisz zdziwioną minę, mówiąc: „Oszalałaś?!”?  Jeśli tak, to w wirze codziennych obowiązków zwyczajnie zapomniałaś o sobie. Praca, nauka, kariera, dom, najbliżsi, niezapłacone rachunki, kapiący kran... Wiem, że lista rzeczy do zrobienia nigdy nie ma końca. Jedna pozycja zostaje skreślona, a na jej miejsce dumnie wskakuje kolejna. Natłok myśli i tysiące spraw do załatwienia wykańczają Cię do tego stopnia, że w wolnej chwili zwyczajnie wyłączasz się. Lenistwo, nicnierobienie i typowy styl kanapowca... Czy wystarczająco dbasz o siebie?

       Pewnie Cię zaskoczę, ale wcale nie mam na myśli treningów w pocie czoła, czy zbawiennych  diet, chociaż one robią dobrą robotę! Ćwiczenia i sposób odżywiania jest ważny, ale o tym pełno wszędzie. Przestworza Internetu, magazyny, telewizja, a nawet znajomi. Wszyscy chcemy być fit & healthy. Jednak poty wylewane na siłowni czy zajadanie zieleniny nie zawsze możemy nazywać przyjemnością. Warto czasem poświęcić wolny czas dla siebie.





       Wielką inspiracją okazał się dla mnie artykuł Pani Anetki o randkach w pojedynkę. Wprawdzie romantyczne uniesienia w moim życiu to chwile spędzone z J., ale obecnie nasza praca często zmusza nas do dłuższych rozłąk. Wtedy działam na własną rękę.

       Wdycham zapach zielonej trawy i stawiam na niej bose stopy. Rozkoszuję się przez chwilę śpiewem ptaków, a w momentach czystej desperacji próbuję usłyszeć szelest liści na drzewach. Dbam o swój spokój i wypoczynek. Każdego dnia przeznaczam minimum 15 min. na refleksje, ulubioną muzykę czy książkę. Kupuję tulipany, aby wywołać uśmiech na twarzy, wypożyczam nową książkę, aby zaspokoić myśli, a spragnioną duszę karmię rozmową z Bogiem.





       Dbam o siebie, gdy rezygnuję z narzucanych mi przez innych planów czy stereotypów. Sama chodzę na zakupy, wybierając seksowną bieliznę czy nowe buty na siłownię. Czasem zahaczam o ulubioną kawiarenkę lub zwyczajnie zagaduję sąsiadów. Pamiętam o tym, że moje ciało wymaga wypoczynku, a prawdziwe szczęście przynoszą codzienne drobnostki. Tulipany w pochmurny dzień. Dobra książka przed pójściem spać czy ulubiona muzyka i zwyczajne wyglądanie przez okno.


      Niech coraz śmielsze kroki wiosny i dawka słońca zmotywują Cię do działania!



Ściskam!



środa, 10 maja 2017

Malowany strach i kemping



       Od przylotu z Hiszpanii minął tydzień. Każdego ranka, otwierając oczy szukam na niebie choć odrobiny słońca. Bezskutecznie. Szare chmury opanowały miasto, a krople deszczu szydzą sobie z moich wiosennych planów w Polsce. Mogę zapomnieć o przejażdżkach rowerowych, spacerach i długich wieczorach na balkonie z książką w ręku. Na złość pogodzie i na ratunek samej sobie uciekam myślami do słonecznej Hiszpanii i do miejsca, gdzie idzie zapomnieć o całym świecie. Przygotuj sobie kawę, jeśli wolisz zaparz herbatę i chodź ze mną! Tam, gdzie czarne chmury przegrywają ze słońcem, a krople deszczu pachną wiosną i mokrym lasem. Tam, gdzie ptaki, skaczące po drzewach śpiewają głośniej, a fale rozbijają się o klify. Gotowa?





Kemping w Las Palmeras


       Położony na wybrzeżu Costa Daurada nieopodal jednego z największych miast katalońskiej stolicy- Tarragony. Zlokalizowanie go nie jest proste. Sama bowiem przejeżdżałam obok zapewne kilkaset razy i nawet nie wiedziałam o jego istnieniu! Gdybym teraz miała przybliżyć lokalizację kempingu powiedziałabym, że znajduje się on  zaraz przy głównej trasie Tarragony, skręcając w w wąską dróżkę. Dalej należy szukać dokładnie między sosnami i topolami. Kemping LasPalmeras to nic innego jak ogromny plac pełen przyczep kempingowych, namiotów i małych drewnianych domków. Ciągnie się on wzdłuż kilometrowej, piaszczystej plaży i naprawdę bardzo łatwo go przegapić właśnie ze względu na otaczający go gęsty las

       Osobiście nie planowałam pobytu w Las Palmeras. Była to niespodziewana wycieczka.Wjeżdżając na parking kempingu moja mina mówiła sama za siebie. Wysoko uniesione brwi, szeroko otwarte usta i nieśmiały grymas na twarzy,który  powinien chociaż w połowie przypominać uśmiech. Ciężkie kamienie chrzęściły pod kołami auta przy ostatecznym parkowaniu i stało się... Moim oczom ukazały się male przyczepy kempingowe. Było ich dziesiątki. Może nawet setki. Każda z nich krzyczała swoim kolorem i dziwacznym wystrojem. Opuszczone grille zdawały się płakać razem ze zbierającym się na deszcz niebem, a sznurki podtrzymujące  namioty  wołały o pomoc. Bezskutecznie. Sama miałam ochotę dać nogę, zacząć biec przed siebie i jak najszybciej znaleźć się w domu. Już wyobrażałam sobie szczękające zęby pod niewystarczającą ilością koców. Szybkie prysznice z bolącą gęsią skórką na całym ciele, zesztywniały kark od ciężkich swetrów i gęsty las w zupełnych ciemnościach. Jeśli dołożyć do tego klaustrofobię która uaktywnia mi się w namiotach lub małych przyczepach, zdaje się, że mogłabym dobiec nawet do Polski.






       Nie taki diabeł straszny...

      
       Deszczową noc spędziłam w malutkim drewnianym domku, położonym na końcu kempingu. Godzinami wsłuchiwałam się w dudniące o dach krople deszczu i coraz szczelniej chowałam się pod kocem. W tych dniach pogoda w Hiszpanii również była kapryśna i termometr wskazywał zaledwie 16 stopni. Jakkolwiek zaraz po śniadaniu ruszyłam na spacer, aby zapoznać się z terenem, na którym przyszło mi mieszkać przez kolejne 3 dni.

       Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że jest to jeden z największych kempingów w okolicy Tarragony, a być może nawet Barcelony. Śmieszne przyczepy ustawione były wejściem od strony morza, każda z nich na swój sposób opisywała swojego właściciela. Obserwowałam rodziny z dziećmi. Wokół ich przyczep aż roiło się od kolorowych zabawek i plastikowych krzesełek. U nocnych marków okna nadal były zasłonięte, a tuż przy drzwiach stało kilka puszek po piwie. Oczywiście pustych. Inne posesje  intrygowały jeszcze bardziej. Drukowane palmy na ścianach przyczep, ozdobne światełka, rozwieszone dookoła namiotu, dziwne sprzęty do gry i sportów wodnych. Jednak tym, co najbardziej przekonało mnie do tego miejsca był bliski kontakt z naturą.




 
       Świergot ptaków i zapach mokrego lasu. Łamiące się pod stopami kruche patyki z drzew, wilgotny piasek i otaczająca mnie cisza. Ptaki rozmawiające ze sobą gdzieś w oddali i szum fal, dobiegający mnie z plaży. Wybrzeże zazwyczaj wiało pustkami.Pozwalało mi to na długie spacery brzegiem morza, podczas których mogłam wyciszyć swoje myśli, a tym samym naładować  baterie. W miejscu, po którym nawet bym się nie spodziewała, odnalazłam spokój i odcięłam się od reszty cywilizacji. Ograniczony kontakt z internetem sprawił, że skupiłam się na tym co Teraz i Tutaj.  Okrywałam swoje ramiona pierwszym lepszym swetrem, nie myśląc o wyglądzie, modzie i pracy. Zapewniam, że nie ma nic lepszego niż życie teraźniejszością i łapanie cennych chwil!






       Nigdy nie byłam zwolenniczką kempingów. Jednak Las Palmeras okazał się idealnym sposobem na kilkudniowe oderwanie się od rzeczywistości i kontakt z naturą. Poranki wypełnione kawą i dobrą książką, niewielkie promienie słońca łapane podczas długich spacerów i setki uporządkowanych myśli przy wtórze szumu drzew, śpiewu ptaków i morskiej bryzy. Wszystko to, co natura człowieka potrzebuje najbardziej!





Jak widać nie taki diabeł straszny jak go malują...
A Ty? Masz jakieś wspomnienia związane z kempingowym stylem życia? Podziel się nim w komentarzu. Z chęcią poczytam o innych przygodach!






piątek, 5 maja 2017

Dzień bez makijażu plus recenzja książki Skin Coach




       Koreanki szaleją na punkcie szminek, Tajwanki dałyby się pokroić za długie i gęste kępki rzęs. Hiszpanki natomiast znajdują w sobie odwagę na różnokolorowe eksperymenty, z kolei Polki dążą do perfekcji w malowaniu kreski nad okiem. Niewątpliwie kobiety nie mogą żyć bez makijażu! Każda z nas zawsze ma przy sobie szminkę i puder, a alarm niemiłosiernie dzwoni każdego ranka nawet godzinę przed czasem. Zarezerwowany oczywiście wyjątkowo na pędzelki, podkłady, tusze do rzęs, cienie do powiek... Wymieniać można bez końca. Czy to dobry nawyk? Za czym tęskni nasza skóra i jak podchodzi do tego pierwsza polska skin coach Bożena Społowicz? Przekonajmy się!

     Jest to pierwszy kosmetyczny post na Paulina G Lifestyle. Do tej pory nie interesowałam się najnowszymi edycjami kolorówek, magicznymi trikami konturowania twarzy, czy wszelakim istnieniem baz i tonerów. Zawsze stawiałam na naturalność i minimalizm. Mój codzienny makijaż to masełko do ust i sporadycznie tusz do rzęs. Praca modelki, którą wykonuję od lat również wymaga ode mnie zerowej ilości makijażu, a całodniowe sesje zdjęciowe powodują, że wieczorem mam ochotę wyrzucić przez okno każdy kolorowy kosmetyk. Dużą uwagę zwracam natomiast na pielęgnację skóry, a mój półroczny pobyt w Korei Południowej zaowocował w miłość do kosmetyków i naturalnych produktów. Nagle zaczęłam czytać składy i z rozdziawioną buzią studiować poszczególne nazwy i substancje. Wierzcie mi, że był to niezły wyczyn, zwłaszcza, że chemia nigdy nie była moją mocną stroną. Zainteresowały mnie blogi kosmetyczne, a monologi z nowinkami ze świata beauty zamęczały mojego chłopaka, który biedny nie miał pojęcia o komedogenności, działaniu toniku, pianki do mycia, a może jednak olejów...  Przytłoczył mnie stos nieuporządkowanej wiedzy, a z pomocą przyszła mi książka Bożeny Społowicz „Skin Coach”.






Nie oceniaj książki po okładce?


       Jeszcze przed rozpoczęciem czytania poczułam sympatię do tej książki właśnie z powodu okładki. Piękna, w brzoskwiniowym odcieniu. Delikatne złote wypuklenia sprawiały, że miałam odczucie trzymania w dłoniach skarbu, istnej kopalni wiedzy. Nie zawiodłam się! Pierwsze rozdziały pochłonęłam w zawrotnym tempie, pilnując, aby szczegółowo zapamiętać dane informacje i wskazówki.

       Autorka przygotowała dla Czytelniczek koło skóry, które zdecydowanie ułatwia dalszą naukę i dobór odpowiedniego stylu życia. Muszę przyznać, że dany wykres uświadomił mi luki w mojej codziennej pielęgnacji, a tym samym zmotywował do działania.

 

Co dalej?


       Kolejne rozdziały to drogocenna kopalnia wiedzy, charakterystyka rodzajów cery i poszczególne plany walki o jak najlepszą kondycję skóry. Kosmetolog zilustrowała Piramidę Młodości dokładnie komentując każde z danych pięter. Szczególną uwagę zwraca ona na Odbudowę, Antyoksydację, Filtry UV oraz Odmładzanie. Skin Coach zapoznaje czytelniczkę z właściwościami skóry i naturalnym jej funkcjonowaniem, dobiera idealny rytuał pielęgnacyjny, podając marki konkretnych produktów, a nawet ujawnia tajemnicze przepisy na kosmetyki, które można stworzyć samemu w domowej kuchni! Największym zaskoczeniem był dla mnie przepis na naturalną szminkę! Okazuje się, że odrobina masła kakaowego, oleju rycynowego, wosku pszczelego i masła shea może wyczarować nam szminkę! Która z Was chętna do wypróbowania receptury?





Inna niż wszystkie


       Bożena Społowicz swoją książką wywołała dość sporo kontrowersji odnośnie detoksu kobiecych kosmetyczek. Produkty z parabenami, parafiną i te, które zawierają SLS-y zostały wyrzucone. Z czym większość z nas zapewne się zgadza. Nasza skóra nie potrzebuje dużych dawek chemii i konserwantów. Autorka „Skin Coach” namawia również do nagiej skóry podczas snu. Co oznacza zero kremu po oczy, które zdaniem kosmetolog blokują przepływ limfy w nieruchomym, śpiącym oku. Ograniczenie codziennej pielęgnacji balsamem do ciała, gdyż nasza skóra rozleniwia się i zostaje zaburzony proces naturalnego nawadniania skóry. Kosmetyczny detoks dotyczy również kremów do twarzy na noc, które według kosmetolog mogą znacznie zatykać pory i zwyczajnie obciążać cerę.

       Spotkałam się z różnorodną opinią na ten temat i postanowiłam spróbować! Przyznaję, że moja skóra pod oczami nie zmieniła się, lecz zauważyłam brak obrzęku zaraz po przebudzeniu się. Plus dla Skin Coach! Kolejnym eksperymentem było odstawienie balsamu. Zupełnie z przyzwyczajenia używam go codziennie po kąpieli, natomiast autorka książki pokazała mi, że wcale go nie potrzebuję w tak dużych ilościach. Kolejny punkt dla Skin Coach! Gorzej wyszło z kremem do twarzy. Przez pierwsze dni zauważyłam znaczną poprawę. Moja buzia zdawała się być gładsza, bardziej odżywiona, a ja zasypiałam z poczuciem lekkości na mojej twarzy. Jednak po kilku tygodniach zaczęły się problemy z przesuszeniem i ze zwiotczałą skórą. Zdecydowanie powróciłam do starego nawyku.





 

Istota makijażu


       ... a skoro mowa o detoksie! Bożena Społwoicz namawia swoje „uczennice” do rezygnacji z makijażu i podarowania kropelki wolności skórze. Kompletnie nie neguje wykonywania makijażu, bo uważa, że jest to pewnego rodzaju sztuką. Jakkolwiek nasza skóra nie lubi się z kolorowymi kosmetykami. Nie lubi się z podkładami. Nie lubi się z chemią i konserwantami, których trudno jest uniknąć w produktach do makijażu.  Lubi się za to ze świeżym powietrzem, uczuciem lekkości i naturą. Plus dla Skin Coach, bo wiem z własnego doświadczenia jak szybko regeneruje się cera bez malowania.

       Do zbawiennego detoksu nadarza się wyjątkowa okazja, ponieważ piątego maja jest Światowy Dzień Bez Makijażu! Dzień, w którym nasza skóra pozostaje wolna od sztucznych barwników, chemii i konserwantów. Dzień, w którym kochamy siebie za urzekającą naturalność. Dzień, w którym jesteśmy pewne siebie nawet bez podkładu czy szminki. Dzień, w którym nasza cera odpoczywa i regeneruje się, a oczy błyszczą ze szczęścia jak nigdy dotąd.




       Podążam za wskazówkami Bożeny Społowicz, szufladkuję zdobytą dzięki niej wiedzę i stawiam pierwsze kroki ku zdrowszej skórze. 



Kalendarz mówi, że dzisiaj jest Dzień Bez Makijażu, więc zamierzam świętować, a Ty? Podejmiesz wyzwanie?




wtorek, 2 maja 2017

Kwiecień pod lupą



       Śmiało mogę stwierdzić, że był to najbardziej aktywny miesiąc w tym roku! Moja stopa stanęła w trzech, a nawet czterech krajach, licząc Paryż podczas międzylądowania. Pierwsze dni spędziłam w Korei Południowej, Wielkanocne uniesienia miałam okazję świętować w Polsce razem z najbliższymi, a obecne podsumowanie miesiąca piszę z hiszpańskich wybrzeży. Kwiecień mógłby nie mieć końca! Zapraszam na kolejny wpis z cyklu Miesiąc pod lupą!



 

        Zawodowo


       W kwietniu udało mi się zrealizować kilka intrygujących projektów. Dni związane z pracą pełne były wrażeń i nowych doświadczeń. Bawiłam się w kameleona, zmieniając przy tym główne role. Z eleganckiej Koreanki, promującej kosmetyk do rzęs, starałam się sprawnie wskoczyć w sportowe buty i dresy z Reebok’a, aby zaraz potem przeobrazić się w szczęśliwą i spełnioną mamę. Małym bohaterem został Spencer-Koreańczyk, Francuz i Anglik w jednym. Jego wielojęzyczność okazała się dla mnie zbawieniem! Razem wirowaliśmy po pokoju, świetnie się przy tym bawiąc, a cały sztab profesjonalistów łapał nas w kadry kamery i aparatu.






       Dla tych, którzy chcą poznać więcej szczegółów, dotyczących sesji zdjęciowych i nagrań reklamy zapraszam tutaj i tutaj.   

 


       Blogowo


       W tym zalatanym miesiącu pojawiło się 7 nowych wpisów. Tworzonych w samolocie, na kolanie czy podczas sesji zdjęciowych. Starałam się jak mogłam, aby artykuły pojawiały się regularnie co 4 dni i w większości udało się. Z wyjątkiem ostatniego tygodnia, podczas którego totalnie odcięłam się od social media i dałam ponieść się hiszpańskiej bryzie, tłustej kuchni i ciszy przerywanej śpiewem ptaków. Przez ten czas brakowało mi jednak blogowania. Uczucie, gdy siadam przed ekranem komputera i czytam komentarze, widząc Wasze zaangażowanie i aktywność jest nie do opisania. Wielki uśmiech, rumieńce na twarzy i rozbiegane palce na klawiaturze. Dajecie mi wielkie pokłady energii i motywacji do dalszego tworzenia! Dziękuję, że jesteście i razem ze mną wypełniacie to miejsce!

       Najchętniej czytane posty:











      Sielankowo

      
       Jako że w kwietniu zawitałam w domu pozwoliłam sobie na większą dawkę błogiego lenistwa. Dni połykałam razem ze świątecznym ciastem i pięknymi momentami przeżytymi z rodziną. Błogie lenistwo spędziłam na czytaniu książek, spacerach i zwyczajnych plotach z  najbliższymi.





       Dzień siódmy każdego miesiąca to małe święto dla mnie i J.Obchodzimy miesięcznicę naszego związku i zazwyczaj planujemy coś wyjątkowego. W tym miesiącu była to kolacja na statku zacumowanym przy brzegu rzeki Seulu, gdzie serwowano smaki ze wszystkich stron świata. Nasz wybór padł na hamburgery! (Tak, tak. Modelki tez jedzą takie rzeczy.)  Zaskakującym punktem wieczoru była organizacja wesela na pokładzie statku i uprzejmości ze strony pracowników. Dzięki nim mogliśmy podpatrzeć przygotowania na uroczystość oraz zrobić kilka ujęć przy ołtarzu pełnym kwiatów. Czy da się prosić o bardziej magiczny moment?




      Jako że wiosna nie przyszła w tym roku punktualnie, postawiłam na odświeżający i regenerujący czas w salonie fryzjerskim. Swoje włosy poddałam odbudowie i pielęgnacji, podczas której popijałam kawę relaksując myśli. A niech wiosna żałuje, że tak długo zwlekała z obdarowaniem nas promieniami słońca!




       Zakupy


       Tu się zacznie...  Oszalałam zupełnie na punkcie koreańskich kosmetyków, stąd też przed wylotem z Seulu zaopatrzyłam sie w konieczny must have maseczki w płachcie, krem do twarzy i pod oczy, tonik, balsam do ciała... Oh! Przepadłam! Powoli moja szafa wypełnia się również letnimi kreacjami. W tym miesiącu wzbogaciłam się w piękne bikini z kwiatowym wzorem i okulary przeciwsłoneczne. Niestety większość z nowych skarbów nadal spoczywa na dnie walizki, więc wykonanie zdjęć na bloga było niemożliwe za co najmocniej przepraszam moi kochani!





       W kwietniu odebrałam również nagrodę wygraną w konkursie organizowanym przez Melodylaniella. Zostałam posiadaczką delikatnych cieni do powiek i serum do twarzy. Zdecydowanie kosmetyczny kwiecień.  

 4 najlepsze zdjęcia marca


Na koniec odrobina Instagrama i najlepsze według obserwatorów zdjęcia.





A jeśli jeszcze nie złapałaś mnie na Instagramie lub Facebook’u to serdecznie zapraszam właśnie teraz!




Słonecznego maja !