23.01.2018

Odkrycie stycznia – Guimaraes



       Mam taką przypadłość, że zawsze ląduję w dziwnych miejscach. Kilka lat temu była to wsypa Tajwan, gdzie azjatycka kultura z początku przerażała mnie i wprawiała w osłupienie lub z Koreą, gdzie na samą myśl o jej inności i dziwactwach przewracałam oczami. Każde miejsce powoli odkrywałam, stopniowo zaczynałam ufać, a niespodzianki w postaci dzikich plaż, uroczych kawiarenek, uprzejmości ludzkiej i samych pięknych momentów objawiały się przede mną jak na zawołanie. Kilkuletnie doświadczenie w podróżowaniu i zmianie adresu co trzy miesiące nauczyło mnie, że każde miejsce zasługuje na szansę do poznania. Powolnego odkrywania, rozkoszowania się chwilą i co najważniejsze-akceptowaniu inności. Jakkolwiek lubię działać na opak i gdy tylko dowiedziałam się, że lecę do Guimaraes, małego miasteczka położonego w północnej części Portugalii stworzyłam litanię „Dlaczego” Dlaczego tam? Dlaczego nie zachwycająca Lizbona albo popularne Porto? Dlaczego aż na dwa tygodnie? Dlaczego akurat Guimaraes?!





       Pierwszy dzień odpłacił mi się tym samym pesymizmem. Niebo spowite było szarymi, ciężkimi chmurami, jak gdyby igrało ze mną w niebezpieczną grę i straszyło mnie. Co kilka godzin deszcz mżył, pusząc moje włosy i zraszając płaszcz. Ludzie skuleni pod parasolkami, brudne budynki i szare ulice. Jakby jeszcze tego było mało Portugalczycy okazali się dziwnie niedostępni, zamknięci i zupełnie jednolici z aurą pogodową- zimni. Przy powitaniach podawali mi sztywno dłoń lub kiwali głowami, bąkając koślawym angielskim „Hello, Welcome to Portugal”. Zapomniałam! Nie była to słoneczna Hiszpania, gdzie wszyscy całują się na powitanie w policzki i od pierwszej minuty plotkują ze sobą, jakby znali się od lat. Witamy w Portugalii! Tak odmiennej i intrygującej tym samym. Guimaraes! – Poznajmy się bliżej!

       Przyszło mi mieszkać w samych centrum miasteczka. Otoczona ciasnymi kamieniczkami i stadem gołębi, zaglądających w okna hotelowego pokoju, przez pierwsze dni odkrywałam najbliższe kawiarenki, sklepiki i uliczki. Miałam szczęście,że pomieszkiwałam dosłownie przy słynnym Placu Santiago , gdzie życie towarzyskie kwitło każdego dnia, a ja powoli wtapiałam się w rytm i atmosferę miasta. Dość szybko spostrzegłam, że oczywiście nikt tutaj nie spieszy się oraz głównymi mieszkańcami są osoby w podeszłym wieku. W tygodniu obserwowałam ich powolne spacery i postukiwania laskami o kamienne uliczki. Z głośnym pochrapywanie czytali gazety i sączyli kawę, a gdy tylko wchodziłam do kawiarenek czy restauracji wszystkie oczy zwracały się ku mnie- dwumetrowej, kosmitce z Polski. Na ich twarzach rysowało się pytanie: Skąd ona się wzięła i co tu robi?” Jakkolwiek szybko zaprzyjaźniłam się z nowymi sąsiadami, łamiąc ich portugalskie, zimne nastawienie. Zupełnie jak my, Polacy. Przypominałam sobie na każdym kroku, uśmiechając się smutno. Przyjaźni, uprzejmi, lojalni, żartobliwi, ale chłodni i zamknięci.







       Sobota! Upragniony weekend i wolny dzień od pracy. Zanim wydostałam się z łóżka miałam już szczegółowo zaplanowany dzień. Zobaczyć zamek, zakupy, spacer po uliczkach i bliższe poznawanie miasteczka wypełnione robieniem zdjęć. Jak wielkie było moje rozczarowanie, gdy po rozsunięciu rolet przywitało mnie ponownie szare niebo... Nie poddałam się. Założyłam czarne botki, biały golf, płaszcz i ruszyłam na prawdziwe przywitanie z Guimaraes!

       Przeniosłam się w czasie! Spacerowałam między ciasnymi uliczkami, wsłuchiwałam się w stukot moich butów o stare brukowe drogi i rozglądałam się uważnie dookoła. Co chwilę krajobraz obdarowywał mnie bujną kolorystyką kamieniczek, uroczych restauracji i lokalnych sklepików. Malutkie drzwi wejściowe do sklepów z pamiątkami i aromat świec wydobywał się na plac tworząc jeszcze bardziej przytulną atmosferę. Średniowieczna architektura zaskakiwała mnie z każdym krokiem. Śmieszne budynki, które przyklejone do siebie znacznie różniły się wysokością i stylem. Jedna kamieniczka wyłożona malutkimi niebieskimi płytkami, a obok niej solidny brat, opatrzony drewnianymi balami i białą, odpryskującą farbą. Zaraz za rogiem wychylał się taras żółtego domku z czerwonymi dachówkami. Gwar i muzyka dobiegająca z barów dopełniała magicznej i sielskiej atmosfery starego miasteczka Guimaraes. Nie mogłam odmówić sobie filiżanki parzonej kawy wypitej na wielkim placu Santiago i głębokim westchnieniom zachwytu nad prostotą życia w takich miejscach. Każda restauracja ma swoje stoliki na zewnątrz, gdzie można grzać się na słońcu (gdy ktoś ma szczęście do ładnej pogody) i napawać się pięknymi widokami. Czas spędzony w tym zabytkowym miasteczku pozwolił mi zwolnić i przyjrzeć się kolebce Portugalii. Bowiem Guimaraes było pierwszą stolicą tego kraju, a obecnie jest ważnym ośrodkiem turystycznym i  historycznym. Spacerując między uliczkami wyobrażałam sobie życie średniowiecznych mieszkańców, zaglądałam do okien kamieniczek i zadzierałam głowę do góry, podziwiając kolorową i delikatnie niechlujną architekturę. Czas zwolnił, a ja z pewnością wrócę do tego miejsca ponownie! Mam nadzieję, że następnym razem błękitne niebo i odrobinę słońca zaszczycą mnie swoją obecnością.







       A dla laików historycznych Guimaraes ma przepiękny zamek, który stanowi główną atrakcję miasteczka. Mnie jednak przyprawił on o gęsią skórkę i dreszcze. Zimne mury, szare budowle i krople deszczu ociekające po ceglanych ścianach...bhr! Nic nie zapraszało mnie do środka, a więc obeszłam obiekt dookoła i grzałam się w objęciach ciasnych uliczek, sklepików z pamiątkami oraz średniowiecznej atmosferze zabytkowego miasteczka. Taka ze mnie marna turystka.



Ściskam Was mocno, tym razem z Portugalii!




14 komentarzy:

  1. Piękne zdjęcia! Prawie Ci zazdroszczę! Prawie... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. O jakie urocze domki! Troszkę kolorami przypomina mi kamieniczki we Wrocławiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, akurat ta część Portugalii, którą odwiedziłam naprawdę przypomina Polskę ;D

      Usuń
  3. Szkoda, ze nie trafiliscie na lepsza pogode, ale te kamieniczki wygladaja pieknie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyjechałam tutaj sama ze względu na służbowe obowiązki. Narzeczony został w Hiszpanii, ale oczywiści gdybyśmy wybierali się na taką wycieczkę postawilibyśmy na Porto i bardziej wiosenną porę ;)

      Usuń
  4. Ślicznie, czasami wydaje nam się, że w małych miasteczkach nic nie ma, ale wystarczy odrobina chęci i udaje znaleźć się coś urokliwego i cieszącego oczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Zupełnie jak w życiu. ;) tyle pięknych rzeczy i momentów dookoła, a jedyne co musimy zrobić to się na nie otworzyć i próbować dostrzec je lepiej;)
      pozdrawiam ;*

      Usuń
  5. Kochana, o dziwo, ja nie byłam w Guimaraes - gdy moi koledzy z Erazmusa jechali tam na wycieczkę, ja byłam na innej wycieczce - zwiedzałam przepiękne Azory. Muszę Ci jednak powiedzieć, że mam całkiem inne zdanie o Portugalczykach - moim zdaniem właśnie byli oni niesamowicie otwarci i przyjaźnie nastawieni i bardzo, ale to bardzo chętni do pomocy. Nawet jak bariera językowa nie pozwalała na swobodną rozmowę to komunikacja i tak miała miejsce. Tak przynajmniej było w Porto, niby jest bardzo popularne, ale odczujesz ogromną różnicę pomiędzy Porto a Barceloną... Ah, ja ja kocham to miasto!:) Cieszę się, że w pażdzierniku znowu tam wrócę. A czy Ty miałaś chwilkę, by na weekend wyskoczyć do Porto?

    OdpowiedzUsuń
  6. Wygląda bardzo klimatycznie :) Podoba mi się ta kafejka z krzesełkami w żywym chabrowym kolorze - rzuca się w oczy :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ładne kamienice :)
    Odpowiedziałam na Twój komentarz u mnie na blogu - zapraszam <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Uwielbiam Portugalię. :) Szkoda, że nie byłam w tym miasteczku.

    OdpowiedzUsuń
  9. Tak mało ludzi odwiedzających Portugalię trafia do tego miasta :)

    OdpowiedzUsuń