14.08.2017

Wish List To Do in Life




       Był wtedy mroźny styczniowy wieczór. Śnieg prószył za oknem, a temperatura spadała poniżej minus dziecięciu stopni. Siedziałam na kanapie owinięta grubym kocem, a moje dłonie grzał gorący kubek kawy. Z melancholią wpatrywałam się w wirujące płatki śniegu i snułam typowe dla mnie romantyczne refleksje. Przemyślenia nad tym, gdzie tak wszyscy pędzą, dokąd zmierza moje życie i czego jeszcze chciałabym w nim zasmakować. Myślami uciekałam do upalnych letnich dni i do wysp tropikalnych, gdzie zatrzymuje się czas. Nagle zrobiłam się głodna! Głodna przygód, życia, emocji i wrażeń!

       Wyjęłam z szuflady kartkę, długopis i naskrobałam tytuł Wish List To Do in Life. Do zabawy przyłączył się mój chłopak i razem tworzyliśmy własne listy marzeń i pragnień. Nasz długoletni związek sprawił, że wiele punktów było do siebie podobnych, co tylko wznieciło iskierki nadziei i motywację do organizowania kolejnych planów. Jesteś ciekawa jak wygląda moja lista i jakie przyniosła mi korzyści? Zapraszam do dalszej lektury! Być może to zachęci Cię do stworzenia własnej listy?    






Wish list to do in life




1.       Mieszkać 2-3 tygodnie na jednej z tropikalnych wysp

2.       Pływać nago w morzu

3.       Napisać i wydać książkę

4.       Odwiedzić Santorini

5.       Latać balonem

6.       Spać na dachu w noc spadających gwiazd

7.       Mówić płynnie w języku hiszpańskim

8.       Mieć piękny, przytulny dom

9.       Być znaną i chętnie czytaną blogerką

10.   Spędzić poza domem 24h. Nie używać wtedy auta, nie spać w żadnym hotelu, mieć ze sobą tylko gotówkę

11.   Wrócić do Taipei

12.   Otworzyć kawiarnię i piec ciasta

13.   Wypożyczyć jacht i skakać do wody na środku morza

14.   Jeździć skuterem wodnym

15.   Odwiedzić Malediwy

16.   Pomagać zwierzętom

17.   Kupić rolki

18.   Iść na kolację do ekskluzywnej restauracji i nie patrząc na ceny zamówić to, co podpowiada mój żołądek

19.   Mieć domek na drzewie

20.   Poznawać smaki świata w miejscach, do których podróżuję.

21.   Mieć biały fortepian w domu

22.   Nauczyć się tańczyć

23.   Pływać z delfinami

24.   Pić wodę kokosową prosto z kokosa będąc na plaży

25.   Odwiedzić plażę pełną flamingów






       Rozmarzyłaś się? W myślach powstał już pierwszy punkt Twojej listy? Jeśli nie, to nie trać czasu! Z własnego doświadczenia wiem, że samo stworzenie takiej listy rozpala ogromną dawkę energii i motywacji. Nagle każdy dzień staje się wyzwaniem, świat jest na wyciągnięcie ręki, a radość wywołuje dziwne ciepło na sercu i wielki uśmiech. Dzięki tej liście obudziłam się do życia na nowo! Pokochałam świat jeszcze mocniej i poczułam wdzięczność za to, co ma nam do ofiarowania. Wish list to do rozpala pozytywną energię i chęć do życia pełną piersią. Pozwala na głęboki wdech czystego powietrza, wyciągnięcie ręce do góry i głośny krzyk:  Życie! Kocham Cię nad życie!

      Stare przysłowie mówi: „Szczęśliwi czasu nie liczą.” Natomiast ja na przekór jestem przeszczęśliwa i zawsze noszę zegarek na swoim nadgarstku. Delikatny dźwięk przesuwających się wskazówek przypomina mi, że czas ucieka, a ja nadal chcę przeżyć tak wiele wspaniałych chwil. Każda sekunda jest dla mnie idealną chwilą na nowe wspomnienie, na życie Tu i Teraz.





       Przypomina mi o tym zegarek Chronostar, który łączy w sobie funkcjonalność i piękny włoski design. Marka, dbając o swoich klientów wyszczególniła trzy główne kolekcje, aby każdy znalazł idealny zegarek dla siebie. Wielbiciele mody odnajdą swoje skarby w dziale Chronostar Fashion, gdzie projekty zegarków podążają za najnowszymi trendami. Dla miłośników akcesoriów stworzono specjalną kolekcję Elegance, gdzie można znaleźć klasyczne wzory o charakterze biżuteryjnym, a najmłodsi zadowolą się pozycjami kategorii Young. Po więcej szczegółów, a także informacje o konkursie, gdzie można wygrać jeden z zegarków Chronostar zapraszam -> tutaj.  Mój wybór padł na pastelowy błękit, który idealnie odzwierciedla moje delikatne usposobienie, spokój i duszę marzycielki. Oboje przypadliśmy sobie do gustu i wspólnie z listą marzeń planujemy realizację Wish List to Do.






       Nie chcę zatrzymywać czasu! Pragnę, aby mknął on nawet w wyjątkowych momentach. Zapraszam wskazówki zegara do wirowania razem ze mną w tańcu. Tańcu zwanym życiem.


A Ty? Tworzysz już swoją własną listę marzeń?



01.08.2017

Lipiec pod lupą




       Biorę kolejny łyk gorącej kawy i z uśmiechem na twarzy wpatruję się w niebo. Od kilku już godzin okopuję taras. Czytam książki, rozkoszuję się jedzeniem i piszę dla Was. Chociaż z tym ostatnim mam delikatne grzeszki na sumieniu. Bowiem słońce, śpiew ptaków i świeża trawa pochłonęły mnie doszczętnie i zrobiłam sobie wakacje nawet od mojego laptopa! Kursuję co kilka dni do biblioteki i księgarni, wymieniam zapasy czytelnicze i ponownie zajmuję swój ulubiony fotel, aby karmić duszę... no i ciało też. Muszę przyznać, że moja mama świetnie gotuje i rozpieszcza mnie co niemiara! 

       Lipiec to miesiąc, w którym idealnie funkcjonowała zasada Tu i Teraz. Pierwsze tygodnie lipca nadal pomieszkiwałam w Paryżu, urządzałam długie spacery wzdłuż Sekwany, aby zaraz potem przenieść się na polskie łono natury i sielskie życie z rodziną i najbliższymi.

       Przyszedł czas na kolejne podsumowanie z cyklu Miesiąc pod lupą! Zerknijmy co się działo... 





Zawodowo


       Oprócz malejącej liczby castingów i letniego lenistwa nawet wśród projektantów miałam okazję wzbogacić swoje portfolio o kilka nowych zdjęć. Czas sesji spędzałam, poznając niesamowitych ludzi, bawiąc się w kameleona oraz wykonując ciekawe projekty. Jednym z nich była sesja zdjęciowa z pięcioma fotografami z różnych krajów. Pomiędzy jednym fleszem, a drugim miałam okazję podszkolić swój język hiszpański z P. z Gwatemali, a zmieniając kolejną stylizację słuchałam o życiu w Brazylii i na Madagaskarze.

       Za jeden z sukcesów uważam pokaz mody dla Kither Brewster oraz sesję zdjęciową dla francuskiego magazynu. Efekty tych prac będziecie mogli oglądać już wkrótce, a tym samym zapraszam na zdjęcia z backstage’u!  







Blogowo


       Zauważyliście, że pozmieniało się tutaj? Strona przybrała bardziej minimalistyczną formę, powstało nowe logo i szablon, a wszystko to dzięki ukochanej Kornelii, która pośpieszyła mi z pomocą. Cóż za szczęście, że znalazłam tak ciepłą i pomocną duszyczkę! Dziękuję Kornelio! Teraz tylko czekamy na naszą wspólną kawę.

       Po „remontach” blog jak gdyby ożył na nowo! Pojawiło się więcej czytelników, statystyki podskoczyły kokieteryjnie, a ja mam coraz więcej zapału i motywacji do pracy. Już w kolejnym miesiącu mam nadzieję na kilka świetnych projektów, więc bądźcie na bieżąco! Tutaj na stronie, a także Fanpage'u oraz Instagramie.

      W lipcu pojawiło się 6 nowych wpisów z czego najchętniej czytane to:






       Kto przegapił, zapraszam do klikania i nadrabiania zaległości!





Sielankowo


       To idealne słowo na mój lipiec- sielankowo. Pobyt w domu rodzinnym, czas spędzony z najbliższymi. Odwiedziłam miasteczko, z którego pochodzę, próbowałam się opalić, a wieczorami urządzałam wycieczki rowerowe, podziwiałam krajobrazy natury i wdychałam zapach żyta oraz świeżo skoszonej trawy. Nie ma dla mnie lepszej formy na odpoczynek niż kontakt z naturą z dala od zgiełku wielkich miast. Wdycham wtedy głęboko powietrze do moich płuc i staram się zapisać w pamięci te widoki, a razem z nimi zapachy i tworzone wspomnienia.

       Lipiec to także miesiąc w książkach. Mam je wszędzie! Leżą na parapecie, na łóżku i w torebce. Czytam ciągle! Cóż za radość móc bezustannie wypożyczać kolejne, przeglądać nowe pozycje w księgarniach i zwyczajnie gubić się między zdaniami, spędzać tak całe dnie i robić sobie przerwy na dłuższe spacery z moim czarnym pupilem.





       Z ważniejszych wydarzeń tego miesiąca to czwarta rocznica naszego związku z J. W tym roku spędziliśmy nasze święto w Paryżu. J przyleciał do mnie zaledwie na 3 dni. Zjedliśmy kolację w typowej włoskiej restauracji. Sączyliśmy wino przy wtórze głośnych rozmów i romantycznej muzyce. Zachód słońca podziwialiśmy z ogromnego młyna tuż przy ogrodach Tuileries. Wieża Eiffla zdawała się uśmiechać do nas i wiwatować w ten szczególny dzień. Jedliśmy watę cukrową, śmialiśmy się do łez, a do hotelu wracaliśmy wzdłuż rzeki Sekwany, trzymając się za ręce i napawając się swoją obecnością. 
        




  

Zakupy


       Przyznaję, że w tym miesiącu zaszalałam! Winę zwalam na szalone przeceny i długą nieobecność w Polsce, a także moją mamę, z którą buszowanie po sklepach jest czystą przyjemnością.

       Popatrzmy co tu mamy... Jeansy Zara z pięknymi kwiatowymi haftami, body Forever21,  letni kombinezon H&M i małą torebkę, wypatrzoną na lokalnym bazarku. ALE! Żeby stłamsić moją próżność zrobiłam tym samym wyprzedaż szafy. Większość rzeczy trafiła już do swoich nowych właścicieli, a niektóre nadal czekają na wybawienie. Jeśli któraś z Was jest zainteresowana, zapraszam do kontaktu.






        Na zdjęciach widzicie również moją nową, kosmetyczną miłość do Sylveco i odkryte skarby z Vianka. Od dłuższego czasu zaczytywałam się na innych blogach o tych markach i ubolewałam, że będąc za granicą, nie mogłam znaleźć tych cudów. Teraz chwalę się, mam i ja!Wyjątkowo upodobałam sobie hibiskusowy tonik do twarzy. Oh, zapomniałabym! Do stosu książek do przeczytania właśnie dzisiaj dołączyła nowa pozycja, zakupiona w Empiku „100 zasad udanego związku” H. Lerner’a. Nie żeby coś, ale czasem trzeba wiedzieć jak tupnąć nogą i nie wywołać przy tym trzęsienia ziemi. Czytujecie takie poradniki?


4 najlepsze zdjęcia lipca


       A oto uchwycone momenty, które najbardziej przypadły instagramowiczom do gustu.





       Bawię się z Wami tutaj świetnie, ale książki się same nie przeczytają, a walizka znów łypie na mnie niecierpliwym wzrokiem... Już za kilka dni wylatuję do Hiszpanii, a ona koniecznie chce wiedzieć co do niej włożę. Swoją drogą ona też jest nowoprzybyła. Z bólem musiałam pożegnać moją zdezelowaną podróżniczkę. Jak widać Paryż poturbował nie tylko mnie, ale i starą walizkę. Zmuszona byłam kupić nową. Jakkolwiek dogadujemy się świetnie i wybieramy się na hiszpańskie wybrzeża. Śledźcie mnie na G_Pauli, a na pewno nie ominie Was dawka katalońskiego życia.



Cudownego sierpnia,

Wasza Paulina G Lifestyle  




28.07.2017

Uwaga! Nadchodzi tajfun!




       Ostatnie anomalie pogodowe przywołały moje azjatyckie wspomnienia. Z rozmarzeniem wracałam myślami do Taipei i próbowałam wyobrazić sobie życie codzienne mieszkańców wyspy, którą nazywam moim drugim domem. Oczami wyobraźni widziałam znajome uliczki, wdychałam wilgotne powietrze w Daan Park, a na skórze czułam czterdziesto stopniowe upały. Pamiętałam również o tajfunach, które w okresie wakacyjnym dość często nawiedzają Tajwan. Podczas moich pobytów w tym kraju kilkakrotnie miałam okazję stanąć oko w oko z potężnymi siłami natury, a polskie nawałnice tylko przypomniały mi o przeżyciach minionych lat. Pomyślałam sobie, że mogłabym podzielić się z Wami wrażeniami po spotkaniu się z kilkoma tajwańskimi tajfunami. Czy rzeczywiście wygląda to tak strasznie, jak malują to media? Czy są powody do obaw?





       Ostrzeżenie


       Życie na Tajwanie toczy się swoim spokojnym rytmem. Mieszkańcy wyspy oddają się swoim codziennym obowiązkom. Pola ryżu zapełnione są ludźmi pracujących w uroczych słomianych kapeluszach, małe bazarki pełne są świeżych owoców, a kobiety już od świtu gotują potrawy, które z wielkim smakiem będą zajadać nie tylko turyści. Dni mijają w zastraszająco szybkim tempie, ale tym samym z pełną kontemplacją teraźniejszości i świadomością, że każda godzina wykorzystana jest z pożytkiem. Tajwańczycy  nie tylko ciężko pracują, ale też medytują, modlą się czy poświęcają swój wolny czas na aktywności fizyczne. Idealne miejsce harmonii! 

       Miodową sielankę przerywają ostrzeżenia o nadchodzącym tajfunie. Swój pierwszy tajfun przeżyłam w 2012 roku. Przypominał mi on jednak zwyczajną jesienną szarugę, jaką mamy w Polsce. Deszcz padał nieustannie, a wiatr smagał liście drzew palmowych. Wtedy miało to dla mnie coś z romantycznego, przytulnego krajobrazu, gdy po tygodniach niewyobrażalnych upałów wreszcie powietrze robiło się lżejsze, a krople deszczu zdawały się chłodzić temperaturę. Był to malutki tajfun, który nie budził postrachu w nikim, stąd też, gdy rok później zapowiadano jeden z największych tajfunów dziesięciolecia, ja wraz z przyjaciółmi szykowaliśmy się po raz kolejny na jesienny deszcz i przytulny wieczór w domu.


Przygotowania


       Jednak atmosfera w Taipei zmieniała się z godziny na godzinę. Zauważałam ludzi biegających z  wypchanymi po brzegi torbami na zakupy, dziwnie napięte twarze, nieustannie rozglądające się dookoła. Nawet mój ulubiony sprzedawca kawy zdawał się być niespokojny. W wiadomościach, a nawet sklepach z małymi telewizorami wyświetlane były zdjęcia satelitarne, obserwujące nadchodzący tajfun. Znieruchomiałam, gdy zobaczyłam ogromną kulę idącą prosto na malutką wyspę. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nadchodzi coś wielkiego. Uderzenie Soulik’a (tak nazwano tajfun) oszacowano na godziny poranne następnego dnia. Zapowiadano zamknięte sklepy,dzień wolny od pracy i prośba służb o pozostanie w domach.

       Razem z moimi przyjaciółmi, jako młodzi- gniewni niezdający sobie sprawy z powagi niebezpieczeństwa, wyruszyliśmy na imprezę. Była dopiero 23, więc spokojnie planowaliśmy powrót przed wschodem słońca. Wieczór był wtedy chłodny. Pamiętam, że po raz pierwszy podczas mojego pobytu na wyspie byłam zmuszona założyć długie spodnie. Wiatr jednak był delikatny, a krople deszczu na moim ciele przynosiły poczucie ulgi i odpoczynku od męczących upałów. Klub znajdował się w wieży Taipei 101, jednym z najwyższych budynków świata. Żartowaliśmy zawadiacko, że nie ma bezpieczniejszego miejsca podczas tajfunu niż właśnie Taipei 101. Podczas gdy impreza rozkręcała się wybornie, na dworze wiatr stawał się coraz silniejszy, a krople deszczu przerodziły się w ogromne kule wody. Gdy o czwartej nad ranem zdecydowaliśmy się wracać do domu dotarło do nas, że tajfun przyszedł znacznie wcześniej niż zapowiadano.





Uwaga! Tajfun!

       
       Na dworze było ciemno, a strugi deszczu utrudniały widoczność. Widziałam tylko światła awaryjne stojących aut oraz sylwetki moich przyjaciół. Automatycznie otworzyłam parasol, aby uchronić się przed deszczem, jednak w tej samej chwili pożałowałam tego. Silny wiatr wyrwał mi z rąk parasol, łamiąc ją tym samym w dwóch miejscach. Pamiętam widok szybującej parasolki, miotanej przez wiatr i strugi deszczu. Nie byłam w stanie iść. Miałam wrażenie, jak gdyby porywy wiatru były w stanie mnie przewrócić. Razem z przyjaciółmi trzymaliśmy się siebie nawzajem, aby żadne z nas nie zostało porwane przez wiatr. Teraz, gdy o  tym wspominam śmieję się z mojej głupoty, a tym samym niesamowitego zjawiska, które w pewien sposób zakłócało grawitację. Naprawdę mogłam wtedy latać! Wiatr wiał z prędkością 200km/h!

        Dociągnęliśmy się do taksówki, której złapanie w takiej sytuacji było cudem. Piętnastominutowa jazda samochodem uświadomiła nam, że znajdujemy się w samym środku cyklonu, który uderzył z niespodziewaną siłą. Połamane drzewa leżały na drogach, obok nas dochodziły odgłosy spadających przedmiotów, a deszcz jak gdyby urządzał zawody z wiatrem. Który silniejszy? Który mocniejszy? Siły natury toczyły bitwę, a my, modliliśmy się w duchu, aby bezpiecznie dotrzeć do domu. Na piąte piętro naszego mieszkania weszłam cała mokra i z mocno bijącym sercem. Wszystko to, co działo się dookoła zdawało się być snem lub inscenizacją filmu sciene-fiction. Odruchowo włączyłam telewizor, aby móc ocenić sytuację. Oczywiście wszystko było w języku chińskim, lecz twarze strapionych reporterów nie wróżyły najlepiej. Okazało się, że tajfun Soulik najsilniej uderzył w południową część wyspy, gdzie byli ranni, a wielu ludzi zmuszonych było do ewakuacji. Wiatr zrywał dachy, nie miał litości dla łamiących się z hukiem drzew, a silne ulewy spowodowały częściowe osunięcia się ziemi. Wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z potężnych sił naszej natury.




       

Kolejny tajfun- mądrzejsza reakcja


       Gdy w 2014 roku zapowiadano nadchodzący tajfun byłam już o wiele rozsądniejsza. Obserwowałam zdjęcia satelitarne i oczywiście planowałam wieczór spędzony w domu. Tajfun Nepartak z prędkością 245km/h uderzył akurat siódmego lipca, w dzień rocznicy naszego związku z J. Pożegnaliśmy się z wizją romantycznej kolacji w restauracji, a zamiast tego zjedliśmy w łóżku olbrzymiego Big Maca z czekoladowym deserem. Siedzieliśmy do późna w nocy, wsłuchując się w przerażające odgłosy za oknem. Niebo spowite było czarno-granatowymi chmurami, wiatr huczał, wywołując gęsią skórkę na moim ciele, a woda lała się strumieniami. Na ulicach nie widziałam nikogo, sklepy były pozamykane, a ludzie mieli wolny dzień od pracy. Modliłam się w duchu, a by tym razem tajfun oszczędził życie ludzkie i domy.





       Od teraz, zawsze, gdy obserwuję nadchodzące burze lub nawałnice wracam myślami do moich tajwańskich przyjaciół. Modlę się o ich bezpieczeństwo i siły do ponownego odbudowania wyspy, którą tak wyjątkowo pokochałam.


       A jeśli masz ochotę na azjatycką przygodę i chcesz odkryć razem ze mną wyspę Tajwan, zapraszam do przeczytania artykułów: 


Trzymajcie się kochani!