Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

22.09.2019

Ubrana w codzienność




       Wstawiłam do zlewu chyba ostatni już czysty kubek. Sterta naczyń spoglądała na mnie porozumiewawczo, krzywo się przy tym uśmiechając. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że zmywanie mnie nie ominie. Tak samo jak ugotowanie obiadu, bieg na kilka castingów i napisanie kolejnych stron czegoś, co głęboko pragnę nazywać swoją książką. Codzienność przygniatała mnie coraz mocniej, a ja w znoszonym kombinezonie w złote listki i rozczochranych włosach poczułam się taka codzienna, mało wyjątkowa i zwyczajnie szara. Wtedy z głośników laptopa wydobyła się jedna z moich ulubionych melancholijnych piosenek, której słowa z pewnością wszyscy znają.  „Ona jest ze snu, a ubrana w codzienność”- zaczęłam cicho nucić, myśląc: Też chcę być taka!







      Też chcę być ze snu. Też chcę być wyjątkowa, nieosiągalna, wartościowa. Też chcę czuć na sobie spojrzenie zakochanego we mnie mężczyzny. Też chcę biegać po polanie w zwiewnej sukience, oplatającej moje nogi. Też chcę wpinać kwiaty we włosy i wystawiać twarz do słońca. Też chcę być zauważona. Chcę, aby Ktoś czytał ze spojrzenia z moich oczu i robił mi niespodzianki. Chcę, aby Ktoś zauważył moją całą gamę emocji, widział kolorowe myśli, tańczące po mojej głowie. Też chcę, żeby ktoś troszczył się o mnie w czasie sztormu i skakał ze mną w deszczu. Też chcę delektować się bez pośpiechu smakiem kawy, chodzić na spacery, zapominać o otaczającym mnie świecie. Też chcę być wolna Też chcę być  TAKA ZE SNU. – Pomyślicie sobie pewnie o wielkiej próżności wylewającej się z mojego nadętego ego, ale hej, dziewczyny! Która z Was nie pragnie być właśnie ze snu? Która z Was nie jest zmęczona swoim odbiciem szarej rzeczywistości w lustrze?

Ja tego dnia zdecydowanie byłam zmęczona swoim odbiciem szarej rzeczywistości w lustrze i pragnęłam być ze snu.

Wiesz, co wtedy usłyszałam?

Jesteś ze snu, ale ubrana w codzienność.








       Moja codzienność tego dnia była szara, więc postanowiłam ją pokolorować. Uczesałam się, założyłam ulubioną sukienkę. Tak, nadal tą z serii „na co dzień, po domu”, ale tą, w której czułam się ładnie i atrakcyjnie. Nalałam sobie kawy do ulubionej filiżanki, wzięłam kredki i stworzyłam swoją codzienność ze snu. Nagle zauważyłam całą gamę kolorów i emocji dookoła mnie. Wirowałam w tańcu na porannym spacerze z psem, podrzucałam trochę już przypalone naleśniki na patelni, a pędząc autostradą na spotkanie z klientem czułam się jak aktorka z filmu. Zaczęłam delektować się kawą, doceniać miejsce, w którym jestem i otworzyłam swoje serce na magiczne cudy, które dzieją się w rzeczywistości.


       Szukaj. Ubierz się w codzienność. Bądź jak ze snu. W swojej szarej rzeczywistości szukaj pięknych chwil i koloruj swoje życie. Patrz w niebo, ciesz się słońcem, ale również i deszczem, bo przynosi nowe życie i ukojenie. Dostrzegaj drobne gesty życzliwości dookoła siebie. Smakuj każdy posiłek wszystkimi swoimi zmysłami. Celebruj pyszną kawę, chwile spędzone z najbliższymi i przytulaj także te godziny, które spędzasz samotnie. One są drogą do odkrycia samej siebie. Ubierz się w codzienność i małymi czynnościami stwarzaj swoje życie ze snu.









                                                                                 Ściskam mocno,
                                                                Wasza Paulina G Lifestyle






KURTKA- BONPRIX
BUTY- BONPRIX
ZEGAREK- BONPRIX



8.09.2019

Barcelona- turystka we własnym mieście




       Wielkie miasta od zawsze kojarzyły mi się z biegiem, pośpiechem i nieuważnym życiem. Obserwowałam kobiety w szpilkach, biegnące na złamanie karku i skutery przeciskające się między ciasno ustawionymi autami. Słyszałam nerwowe klaksony, głośne rozmowy ludzi, zlewające się w jeden nieprzyjemny dla mojego ucha wielkomiejski szum. Barcelonę pokochałam całym sercem już od naszego pierwszego spotkania. Urzekł mnie w niej nietypowy dla tłocznych miejsc spokój. Bary, z których każdego ranka i wieczora wylewali się uśmiechnięci ludzie. Pokochałam tą luźną atmosferę, architekturę miasta, zdrowy styl życia i papugi! One kolorowały  każdy mój dzień! Barcelona zauroczyła mnie również zieloną przestrzenią, w której często odcinałam się od pracy i życia miejskiego. Zatapiałam się w nowej lekturze, spacerowałam alejkami Parc de la Ciutadella i wdychałam zielone powietrze głęboko do płuc. Barcelona była chyba pierwszym wielkim miastem, które pokochałam.








      Do czasu...


      Potem pojawiła się niekończąca lista castingów, tłoczne pociągi, spowalniający ruch turyści, którzy zapatrzeni w architekturę nie zdawali sobie sprawy, że blokują całe przejście. Nadeszły przerażająco wczesne pobudki do pracy, jedzenie zamawiane na wynos. Kawa na szybko. Plastikowe sztućce. Obiad na kolanach. Nagle zaczęłam omijać parki, tłumacząc się brakiem czasu. Zapomniałam, że Barcelona ma plażę i bary, a wpatrzona w ekran smartphon’a coraz częściej ignorowałam papugi.  To miasto nagle stało się dla mnie miejscem pośpiechu, tłoku, miejskich zapaszków, niezdrowego jedzenia i stresu. Barcelona oznaczała dla mnie jedno- pospiech i stres, dwa czynniki, które zaczęły odbijać się na moim samopoczuciu i zdrowiu.  Przeprowadziłam się do małego mieszkania nad morzem, oddalonym o godzinę drogi od Barcelony i zapomniałam o niej na dłuższy czas.

       Kiedy latem do moich drzwi zapukała rodzina z Polski z propozycją zwiedzenia Barcelony moja reakcja była natychmiastowa- jedźcie sami! Moja stopa, bez bardzo ważnego powodu, raczej tam nie postanie. Już czułam niepokój skradający się za moimi plecami... i właśnie to zadecydowało! Następnego dnia nastawiłam budzik, zjadłam śniadanie i z nieśmiałym uśmiechem dałam kolejną szansę Barcelonie.






       Polubiłyśmy się ponownie. Wysiadając z pociągu zamówiłam kawę w jednej z mojej ulubionej kawiarenki. Przywitałam się z właścicielem i jego psem, wspominając czasy, kiedy każdego ranka parzyli mi kawę i pakowali na wynos cieplutkie croissanty. Z papierowym kubkiem w dłoni dałam się prowadzić alejkom Parc de la Ciutadella. Nie spieszyło mi się zupełnie. Gubiłam się między palmami, patrzyłam w górę, wskazując palcem stada zielonych papug. Śmiałam się głośno, kiedy mój brat próbował śpiewać, tak jak one. Każdy łyk kawy smakowałam powoli, delektując się aromatem i świeżym powietrzem. Zielona ściana drzew nie przepuszczała odgłosów budzącego się do życia miasta, ale tego dnia to nie było ważne. Na nowo otwierałam się na poznanie Barcelony. Wyszłam na tłoczne ulice, robiąc zdjęcia każdej kamieniczce, która mnie urzekła, przypatrzyłam się po raz setny Cassa Batllo, tym razem ze skupieniem i uwagą. Pochłonęłam każdy szczegół rzeźb, przeczytałam oferty menu niewielkich restauracji, weszłam do sklepu oglądać pamiątki, a następnie na środku La Rambla zamówiłam przepyszne tapas.
       
       Delektowałam się chwilą, zapomniałam o zegarku i z głowy zupełnie wypadły mi rozkłady jazdy pociągów. Świat zatrzymał się dla mnie w Barri Gotic. Przeciskałam się przez tłum ludzi, nadsłuchiwałam śmiesznego dla mnie języka katalońskiego i zwinnie przebierałam palcami w stosie pamiątkowych bransoletek, aby znaleźć tą wyjątkową z białymi muszelkami.






       Wracałam do domu z obolałymi stopami, kącikiem ust ubrudzonym hiszpańskimi churros i wielką radością w sercu. Uświadomiłam sobie, że bardzo często przekreślamy miejsca, które w pewien sposób nie odpowiadały nam w danym okresie naszego życia. Patrzymy na nie przez pryzmat wspomnień, nieprzyjemnych doświadczeń i automatycznie wyrzucamy je z naszej pamięci. Tego dnia stałam się turystką we własnym mieście. Patrzyłam na Barcelonę, jakbym widziała ją po raz pierwszy. Z zachwytem odkrywałam każdą uliczkę i robiłam mnóstwo zdjęć, zwalniałam, uśmiechałam się i przyjmowałam wszystko to co chciało ofiarować mi to miejsce. Dostałam w prezencie nowy obraz Barcelony... <3


       Ciekawi mnie, czy gdzieś głęboko w sercu, masz ukryte miejsca, do których z jakichś powodów nie chcesz wracać. Czy potrafisz być turystką w swoim własnym mieście? Dzisiaj gorąco zachęcam Cię do spojrzenia na swoje miejsce z zupełnie nowej, świeżej perspektywy. Daj się zaskoczyć i przyjmij dary, jakie chce Ci ofiarować.




Ściskam serdecznie,
Szczęśliwa turystka   







30.07.2019

Dlaczego Hiszpania?




       Po raz kolejny staję z walizką przed tablicą odlotów, skanując wzrokiem dziesiątki cyferek i liter. Jest piątek, co można poznać po wzmożonym ruchu na lotnisku. Szczęśliwe pary wpatrzone w siebie, całują się co chwila. Z pewnością czeka je wymarzona podróż i wakacje. Czasem próbuję zgadnąć dokąd wybierają się i na jaką formę wypoczynku. Typowych turystów lub wprawionych podróżników poznaję od razu. Swobodnie siedzą sobie w kawiarence, popijając kawę i zdaje się zupełnie nie przejmują się coraz to nowszymi komunikatami, dobiegającymi z głośników. Wyczuwam ich pewność siebie, na lotnisku czują się jak w domu. Zmieszana zauważam, że chyba sama należę do tej grupy. Lotnisko w Porto znam jak własną kieszeń. Ba, lepiej! W kieszeniach zawsze odnajduję niewiadomego pochodzenia paragony, bilety i mini notatki. Lotnisko w Portugalii to chyba moja codzienność. Wiem, gdzie robią najlepszą pizzę, gdzie mogę wypić ulubioną kawę i w którym sklepiku są najtańsze i najzdrowsze przekąski. Intuicyjnie wyczuwam kiedy będzie opóźniony lot, co w moim przypadku zdarza się bardzo często, oraz do którego wejścia muszę się udać. Mogłabym nazwać to miejsce swoim drugim domem, ale przecież dom to nie tylko miejsce, które znamy na wylot. To raczej miejsce, którego mapa odciśnięta jest w naszym sercu.







W moim sercu odciśnięta jest mapa Hiszpanii.

To mój dom. To na dźwięk tego języka uśmiecham się szeroko. To te krajobrazy przyspieszają bicie mojego serca. To tutaj czuję się idealnie, jak w żadnym innym zakątku na świecie.


       Wierzę, że każdy z nas ma swoje przeznaczone miejsce na ziemi. Jedni nie muszą wcale szukać. Kochają dom, w którym urodzili się, wychowali i nie pragną niczego więcej jak budować swoje życie właśnie tam. Inni pakują się w jedną małą walizkę i wyruszają na poszukiwania. Bardzo często okazuje się, że to, co próbowali znaleźć na drugim krańca świata, mieli tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Pozostali czują się zagubieni i być może nie poświęcają wystarczająco dużo uwagi myślom, gdzie właściwie jest ich miejsce. Dzisiaj opowiem Ci, jak znalazłam swoje miejsce na ziemi. Być może moja historia zainspiruje Cię do głębokich poszukiwań lub refleksji nad tym, gdzie jest Twoje miejsce na Ziemi.






       Niewątpliwie Hiszpania była pisana mi już od nastoletnich lat. Po raz pierwszy przyleciałam do Barcelony razem z mamą. Stawiałam swoje pierwsze kroki, nieświadoma jeszcze tego, co przyniesie mi przyszłość. Ta zaskoczyła mnie niewyobrażalnie, bo niecałe dwa lata później poznałam Hiszpana, który przewrócił mój świat do góry nogami. Przyznaję skrycie, że zawsze miałam słabość do hiszpańskiej muzyki i latynoskich telenoweli. Uwielbiałam brzmienie ich języka, wpatrywałam się zaczarowana w żywą gestykulację Hiszpanów i marzyłam, że kiedyś i moje ciało zostanie odmrożone. Nie myliłam się. Już od prawie dwóch lat z dumą mówię, że mieszkam w Hiszpanii, a na samą myśl o tym miejscu na mapie świata robi mi się ciepło na sercu.


       Dlaczego Hiszpania?


Szczęśliwe Teraz i Tu      


       Żadne miejsce na ziemi nie nauczyło mnie tak barwnego i spokojnego życia. To właśnie w Hiszpanii zaczęłam żyć wolniej i dostrzegać najpiękniejsze momenty Teraz i Tu. Zapomniałam co to znaczy spieszyć się i biec w nieznanym kierunku i ściśniętym gardłem. Tutaj naprawdę liczy się teraźniejszość. Najcenniejszy jest moment, który łapię Tu i Teraz, to czyni mnie najszczęśliwszą.



Atmosfera


       W powietrzu wyczuwam wyjątkową atmosferę. Wewnętrzny spokój, pogodny uśmiech obdarowany przechodniom, poczucie wolności i akceptacji. W Hiszpanii nie czuję się imigrantką, nie czuję się turystką. Ludzie ciepło przyjmują mnie taką jaka jestem, razem z moim pochodzeniem, zainteresowaniem, kulturą i moją historią. Hiszpania wolna jest od agresywnych podziałów i braku tolerancji. Tutaj oddycha się głębiej, spokojniej  i radośniej. 

 

Minimalizm


       Oprócz pięknych widoków, które są na każdym kroku nie potrzeba mi nic więcej do szczęścia. Nie lubię już zakupów, nie lubię tłocznych miejsc i komercji. Lubię po hiszpańsku, w zwiewnej sukience, sneakersach lub japonkach w  stopach całych w piachu. Lubię z tapas na stoliku i bez zegarka na ręku z niekończącymi się rozmowami na ustach. Lubię patrzeć na zachód słońca, słuchać szumu morza i siadać na klifach z własnymi myślami. To tyle i aż tyle. Więcej nie potrzeba mi do szczęścia. Przesłodki minimalizm.






Finanse


       Zarówno rynek pracy jak i życie w Hiszpanii nie należy do najłatwiejszych. Ciężko jest znaleźć pracę, a o wynagrodzeniu, pokrywającym wysokie koszty życia już nie wspomnę. Mimo wszystko Hiszpanie zdają się być najbogatszymi ludźmi świata. Mają w sobie radość i spokój. Zadowalają się tym, co mają i dbają o to jak o największy skarb. Podoba mi się ich wolność. To, że nie przywiązują się tak do rzeczy materialnych jak dom na wieczny kredyt i nowiuteńkie auto zaparkowane przed garażem tak, żeby zauważył je sąsiad. Żyją świadomie i skromnie.


Kontakt z naturą


       Żadne miejsce na świecie nie uspokaja mnie bardziej niz zakątki Hiszpanii. Budzi mnie krzyk papug, piję kawę razem z szumiącymi falami, zanurzam swoje ciało w rześkiej wodzie morskiej i zapominam o całym świecie. Nie patrzę na zegarek, kiedy wybiegam z psem na spacer, gubię się w dzikiej tropikalnej roślinności, wsłuchuję się w odgłosy natury i w pełni czuję się sobą. Słyszę swoje myśli, odczytuję sygnały, jakie wysyła mi moje ciało, a wewnętrzny spokój mieszkający w moim sercu podpowiada mi, że to tutaj. To tutaj jest mój dom. Miejsce, którego mapę odciśniętą mam w sercu.





Czy masz swoje miejsce na ziemi? A może jesteś w trakcie poszukiwań? Podziel się tym ze mną w komentarzu!




Całuję z mojego miejsca na ziemi,
Paulina G Lifestyle







20.07.2019

We własnym rytmie. W rytmie uważności...




       Już dawno nie miałam okazji zjeść śniadania w ciszy, z własnymi myślami, przy których automatycznie wyciągam notes, aby wszystkie je uważnie spisać. Zawsze zaczynamy z Jahdai i Kobi dość aktywny dzień od spaceru z pluszakiem, a gdy zdążę już zaparzyć poranną kawę... dzień rozpędza się do szalonych prędkości! Wizyty, telefony, moja głowa pełna internetowych, czasem niepotrzebnych śmieci. Rzucam się w wir zdarzeń, biegu codzienności, a kawę piję już bez ulubionego świeżego aromatu. Nieświadomie rzucamy się w wir szybkiego i mało uważnego życia.





       Dzisiaj przeciągam się leniwie w łóżku, otwieram szeroko okna i zapraszam do pokoju rześkie powietrze. Decyduję się też na kawę bez mleka. Nie chcę jeszcze wychodzić na gwarną ulicę, pełną aut i biegnących ludzi. Jeszcze nie teraz. Mój umysł jest taki świeży i lekki. Nie okupują go nowinki ze świata Instagrama i wiadomości, czekające niecierpliwie na odpisanie. Tego ranka, chociaż przez chwilę, tylko kawa i ja. Ja- oznacza moje myśli, moje uczucia i moje pragnienia na dzisiejszy dzień. Nie ma w tym nic z egoizmu, a jedynie szczera troska o moją duszę. Uwielbiam takie momenty! Bez nich staję się wulkanem negatywnych emocji, rozdrażnienia i zagubienia. Chwile sam na sam wyznaczają mój własny rytm. Rytm Uważności...


       Pozbywam się uczucia presji i dziwnego pośpiechu. Pozwalam czuć całą sobą i we własnym rytmie. Zatrzymuję się, aby podziwiać zachody słońca, piję kawę, studiując jej smak i uważnie wsłuchuję się we własne emocje. Staram się żyć Tu i Teraz.


       A na Instagramie właśnie trwa akcja #WyzwanieUważności, którą tworzą fenomenalne kobiety @infinifable oraz @simplybeautifulpl Koniecznie zajrzyjcie na ich profile lub #wyzwanieuważności i pozwólcie swojej duszy dostrzec wyjątkowo piękne momenty Tu i Teraz.






       Na zdjęciach kolorowe cuda z Korei @duftndoft_pl które do zakupienia dostępne są już w Polsce. Zapachy kremów do rąk podbiły nie tylko moje serce, ale również i Kobi, który pomagał mi przy rozpakowywaniu paczuszki :D Prawda, że są przesłodkie? 




Ściskam mocno,
Wasza Paulina G Lifestyle







24.06.2019

Bóg, który oszukuje...?




       Kocham życie. Kocham z całą jego różnorodną barwą. Kocham w pełni słońca i kocham z chmurami pełnymi deszczu. Kocham te ciepłe noce pełne gwiazd oraz te przejmujące chłodem. Kocham życie z całą zmiennością. Kocham przy wzlotach. Kocham przy upadkach. Zdawałoby się, że akceptuję porządek rzeczy jakim jest szczęście i cierpienie. Zdawałoby się, że rozumiem, że ludzi zupełnie bez powodu spotykają nieszczęścia. Zdawałoby się, że rozumiem, że absolutnie nie jest to wina Boga. Zdawałoby się, że mam świadomość, że takie dni przyjdą również i do mnie, niczym cyklicznie powtarzający się porządek świata. Zdawałoby się...







       Kochałam życie. Kochałam z całą jego różnorodnością. Pewnego razu jednak powiedziałam:  Nie mam już więcej sił. Tępy ból obezwładniał moje ciało, łzy powoli rzeźbiły widoczne ścieżki na policzkach, a serce bolało z bezradności. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Nagle niebo ubrało się w ciemne barwy, chmury przysłoniły wszystko co dobre, a ciężkie krople deszczu spadały na mnie w postaci kolejnych problemów. Nie miałam sił. Poddałam się. Kurtyna opadła.


       Trwałam tak kilka miesięcy. Żyłam z dnia na dzień. Oby bez bólu. Oby do nocy. Oby do kolejnego posiłku. Żyłam w dziwnym zawieszeniu i pustce. W sercu nosiłam żal i nie rozumiałam zmian, jakie zachodziły w moim świecie. Zabrakło mi wiary. Nie chciałam ufać Bogu, buntowałam się przy każdej wzmiance na Jego temat. Wcale mi nie pomagał, a Jego miłość daleka była od tej bezinteresownej. Cierpiałam. Mój świat rozpadał się na kawałki, a Jego przy mnie nie było. Być może gdzieś istniał, ale nie było Go dla mnie. Opuścił mnie. Oszukał.






       Tego dnia razem z J. pochłanialiśmy kolejne odcinki „Dom z papieru”, gdy nagle zadzwonił  telefon J. Po jego wyrazie twarzy poznałam, że to coś ważnego. Kiwał co chwila głową, wciągał głęboko powietrze i do płuc i mówił. Mówił o cierpliwości, o Bogu i o zaufaniu. Pewnie w tym momencie roztrząsał problemy nastolatków z ośrodka, gdzie pracuje jego tata. Często dzwonią do siebie wzajemnie, wspierają się modlitwą, a mój przyszły teść staje na głowie, żeby im pomóc. Traktuje te urwisy jak własne dzieci i to zawsze roztapia moje serce.


       Odpłynęłam. Nie słuchałam J. zupełnie. W mojej głowie zaczęły przewijać się wszystkie momenty, w których doświadczyłam realnej obecności Boga. Wspominałam każdy upadek i Jego pomocną wtedy dłoń. Nagle zatęskniłam za moim życiem z Nim. Zatęskniłam za wewnętrznym spokojem, który mnie otaczał. Zatęskniłam za rozmowami z Nim i światem, który z Bogiem jest tak pełny. On był przy mnie zawsze! Każdy upadek przemienił w drogocenną lekcję życia. Każdą ranę wyleczył, wlał we mnie przebaczenie. Odmienił moje życie niewyobrażalnie. Zawsze był. Zawsze czuwał. Zawsze w pełni gotowy wysłuchać mnie. On był. Jest cały czas!


       Jak często ignorujemy Go? Jak bardzo złościmy się na Niego, gdy coś nie idzie po naszej myśli? Jak bardzo odsuwamy się od Niego, wmawiając sobie, że On nie istnieje? Przypominamy wtedy zbuntowane dzieciaki, robiące na złość swoim rodzicom. Naburmuszeni, niezadowoleni z życia, pełni roszczeń do świata i wewnętrznego bólu.






       Ostatnie miesiące były dla mnie ogromną lekcją życia. Podnoszę się silniejsza i bardziej świadoma.


ON JEST.

Mimo sztormów i huraganów.

ON JEST.

 Mimo mojego buntu.

ON JEST.

Czeka na mnie z otwartymi ramionami.


... a kiedy już rzucam się w Jego objęcia, mój świat to już nie ten sam świat. To miejsce pełne miłości, spokoju i wybaczenia. To miejsce pełne tęczy i jednorożców, uśmiechu i poczucia spełnienia. Tego nie da się opisać, to trzeba doświadczyć.


       A jeśli Tobie brak drogowskazu, jeśli obraziłaś się na Boga lub zwątpiłaś w Niego- to nieważne. ON JEST. Mimo Twojego buntu, czeka na Ciebie z otwartymi ramionami. Zrób krok  do przodu.



Tulę mocno,
Paulina G Lifestyle






15.06.2019

Czasem nie potrzeba nic więcej...




       Dopijam popołudniową kawę. Zza okna dochodzi mnie szczekanie psa i odgłosy sąsiadów, którzy akurat dzisiaj zdecydowali robić rodzinnego grilla. Ich głośne rozmowy i krzyki dzieci nie przeszkadzają mi zupełnie. Da się słyszeć radość i ekscytację. Pochłaniają mnie słowa Agnieszki Maciąg drukowane na pachnącym jeszcze nowością papierze. Obok mnie na dywanie śpi Kobi, przyjemny chłodny wiatr wpada do pokoju. Z promiennym uśmiechem na twarzy szepczę, że nie potrzeba mi nic więcej.









       Nie potrzeba mi więcej ubrań, choć Instagram bezustannie zapewnia mnie, że moja garderoba zupełnie nie wpisuje się w trend i must have tego sezonu. Nie wiem, co jest modne w tym sezonie. Sukienki z zeszłego lata leżą na mnie idealnie. Nadal bardzo je lubię. Nadal za każdym razem, gdy wsuwam ją na ramiona czuję morską bryzę na twarzy, pamiętam co jedliśmy wtedy na kolację, jak pachniało powietrze i o czym rozmawialiśmy. W schodzonych butach przeszłam tak wiele, że nadal słyszę własny śmiech zmieszany z tupotem moich stóp i smakiem przygody. Gdy wdrapywałam się na dach, biegłam przez halę odlotów, aby zdążyć na samolot, poznawałam nowe miejsca i zakochiwałam się w życiu.


Nie potrzeba mi nic więcej.


       Męczą mnie zapewnienia, że bez tego nie będę piękna, modna i ceniona. Męczą mnie nadmuchane twarze na instagramie pozbawione szczerego uśmiechu. Męczą mnie nienaturalnie wygięte ciała, pozorowane na atrakcyjne i pełne seksapilu. Żadne kłamstwa nie są atrakcyjne. Męczy mnie świat,  w którym wszyscy są tacy udawani.







Nie potrzeba mi nic więcej.


       Dopijam popołudniową kawę, podnoszę głowę znad książki i mam ochotę biec przed siebie. Mam ochotę łapać życie garściami, śmiać się głośno do błękitnego nieba, tańczyć z promieniami słońca, upadać i wytrwale podnosić się. Mam ochotę poznawać samą siebie i doświadczać życia. Wsuwam na stopy wygodne sneackersy, na ramiona zarzucam bluzę w moim ulubionym kolorze pudrowego różu i eksperymentuję ze spódnicą maxi. Nie wiem czy jest to modne akurat teraz. Jest wygodne i idealnie odzwierciedla mój styl bycia. To chyba wystarczy na przeżycie najpiękniejszej przygody jaką jest życie, prawda?








„ Nie jesteśmy naszym ciałem- nasze wieczne dusze posiadają ciała, aby doświadczać ziemskiego życia. Nasze ciało jest niczym kostium, który zakładamy na to konkretne wcielenie, aby doświadczyć dokładnie tego, co jest nam właśnie teraz potrzebne. Nie ma powodu, aby czuć dumę z posiadania pięknego kostiumu. Nie ma też powodu, aby czuć się gorszym, jeśli nie do końca odpowiada on naszym oczekiwaniom. To ni mniej, nic więcej tylko strój, przebranie, a strój ma być wygodny. Nie powinien nas uwierać, ograniczać, ani pochłaniać naszej uwagi. Ale również należy o niego stale i odpowiednio dbać, aby jak najdłużej nam służył. I to jest właśnie złoty klucz do zdrowego kontaktu z ciałem.”

Agnieszka Maciąg  „Miłość ścieżki do wolności”

       

       Wracam do Was nadal tak bardzo powoli. Zbieram myśli, zbieram siebie, zbieram słowa, które pragnę Wam przekazać.



Dziękuję, że jesteście,
Wasza Paulina G Lifestyle









SPÓDNICA- BONPRIX
BUTY- BONPRIX
BLUZA-BONPRIX
ZEGAREK- BONPRIX