Pokazywanie postów oznaczonych etykietą travel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą travel. Pokaż wszystkie posty

8.09.2019

Barcelona- turystka we własnym mieście




       Wielkie miasta od zawsze kojarzyły mi się z biegiem, pośpiechem i nieuważnym życiem. Obserwowałam kobiety w szpilkach, biegnące na złamanie karku i skutery przeciskające się między ciasno ustawionymi autami. Słyszałam nerwowe klaksony, głośne rozmowy ludzi, zlewające się w jeden nieprzyjemny dla mojego ucha wielkomiejski szum. Barcelonę pokochałam całym sercem już od naszego pierwszego spotkania. Urzekł mnie w niej nietypowy dla tłocznych miejsc spokój. Bary, z których każdego ranka i wieczora wylewali się uśmiechnięci ludzie. Pokochałam tą luźną atmosferę, architekturę miasta, zdrowy styl życia i papugi! One kolorowały  każdy mój dzień! Barcelona zauroczyła mnie również zieloną przestrzenią, w której często odcinałam się od pracy i życia miejskiego. Zatapiałam się w nowej lekturze, spacerowałam alejkami Parc de la Ciutadella i wdychałam zielone powietrze głęboko do płuc. Barcelona była chyba pierwszym wielkim miastem, które pokochałam.








      Do czasu...


      Potem pojawiła się niekończąca lista castingów, tłoczne pociągi, spowalniający ruch turyści, którzy zapatrzeni w architekturę nie zdawali sobie sprawy, że blokują całe przejście. Nadeszły przerażająco wczesne pobudki do pracy, jedzenie zamawiane na wynos. Kawa na szybko. Plastikowe sztućce. Obiad na kolanach. Nagle zaczęłam omijać parki, tłumacząc się brakiem czasu. Zapomniałam, że Barcelona ma plażę i bary, a wpatrzona w ekran smartphon’a coraz częściej ignorowałam papugi.  To miasto nagle stało się dla mnie miejscem pośpiechu, tłoku, miejskich zapaszków, niezdrowego jedzenia i stresu. Barcelona oznaczała dla mnie jedno- pospiech i stres, dwa czynniki, które zaczęły odbijać się na moim samopoczuciu i zdrowiu.  Przeprowadziłam się do małego mieszkania nad morzem, oddalonym o godzinę drogi od Barcelony i zapomniałam o niej na dłuższy czas.

       Kiedy latem do moich drzwi zapukała rodzina z Polski z propozycją zwiedzenia Barcelony moja reakcja była natychmiastowa- jedźcie sami! Moja stopa, bez bardzo ważnego powodu, raczej tam nie postanie. Już czułam niepokój skradający się za moimi plecami... i właśnie to zadecydowało! Następnego dnia nastawiłam budzik, zjadłam śniadanie i z nieśmiałym uśmiechem dałam kolejną szansę Barcelonie.






       Polubiłyśmy się ponownie. Wysiadając z pociągu zamówiłam kawę w jednej z mojej ulubionej kawiarenki. Przywitałam się z właścicielem i jego psem, wspominając czasy, kiedy każdego ranka parzyli mi kawę i pakowali na wynos cieplutkie croissanty. Z papierowym kubkiem w dłoni dałam się prowadzić alejkom Parc de la Ciutadella. Nie spieszyło mi się zupełnie. Gubiłam się między palmami, patrzyłam w górę, wskazując palcem stada zielonych papug. Śmiałam się głośno, kiedy mój brat próbował śpiewać, tak jak one. Każdy łyk kawy smakowałam powoli, delektując się aromatem i świeżym powietrzem. Zielona ściana drzew nie przepuszczała odgłosów budzącego się do życia miasta, ale tego dnia to nie było ważne. Na nowo otwierałam się na poznanie Barcelony. Wyszłam na tłoczne ulice, robiąc zdjęcia każdej kamieniczce, która mnie urzekła, przypatrzyłam się po raz setny Cassa Batllo, tym razem ze skupieniem i uwagą. Pochłonęłam każdy szczegół rzeźb, przeczytałam oferty menu niewielkich restauracji, weszłam do sklepu oglądać pamiątki, a następnie na środku La Rambla zamówiłam przepyszne tapas.
       
       Delektowałam się chwilą, zapomniałam o zegarku i z głowy zupełnie wypadły mi rozkłady jazdy pociągów. Świat zatrzymał się dla mnie w Barri Gotic. Przeciskałam się przez tłum ludzi, nadsłuchiwałam śmiesznego dla mnie języka katalońskiego i zwinnie przebierałam palcami w stosie pamiątkowych bransoletek, aby znaleźć tą wyjątkową z białymi muszelkami.






       Wracałam do domu z obolałymi stopami, kącikiem ust ubrudzonym hiszpańskimi churros i wielką radością w sercu. Uświadomiłam sobie, że bardzo często przekreślamy miejsca, które w pewien sposób nie odpowiadały nam w danym okresie naszego życia. Patrzymy na nie przez pryzmat wspomnień, nieprzyjemnych doświadczeń i automatycznie wyrzucamy je z naszej pamięci. Tego dnia stałam się turystką we własnym mieście. Patrzyłam na Barcelonę, jakbym widziała ją po raz pierwszy. Z zachwytem odkrywałam każdą uliczkę i robiłam mnóstwo zdjęć, zwalniałam, uśmiechałam się i przyjmowałam wszystko to co chciało ofiarować mi to miejsce. Dostałam w prezencie nowy obraz Barcelony... <3


       Ciekawi mnie, czy gdzieś głęboko w sercu, masz ukryte miejsca, do których z jakichś powodów nie chcesz wracać. Czy potrafisz być turystką w swoim własnym mieście? Dzisiaj gorąco zachęcam Cię do spojrzenia na swoje miejsce z zupełnie nowej, świeżej perspektywy. Daj się zaskoczyć i przyjmij dary, jakie chce Ci ofiarować.




Ściskam serdecznie,
Szczęśliwa turystka   







30.07.2019

Dlaczego Hiszpania?




       Po raz kolejny staję z walizką przed tablicą odlotów, skanując wzrokiem dziesiątki cyferek i liter. Jest piątek, co można poznać po wzmożonym ruchu na lotnisku. Szczęśliwe pary wpatrzone w siebie, całują się co chwila. Z pewnością czeka je wymarzona podróż i wakacje. Czasem próbuję zgadnąć dokąd wybierają się i na jaką formę wypoczynku. Typowych turystów lub wprawionych podróżników poznaję od razu. Swobodnie siedzą sobie w kawiarence, popijając kawę i zdaje się zupełnie nie przejmują się coraz to nowszymi komunikatami, dobiegającymi z głośników. Wyczuwam ich pewność siebie, na lotnisku czują się jak w domu. Zmieszana zauważam, że chyba sama należę do tej grupy. Lotnisko w Porto znam jak własną kieszeń. Ba, lepiej! W kieszeniach zawsze odnajduję niewiadomego pochodzenia paragony, bilety i mini notatki. Lotnisko w Portugalii to chyba moja codzienność. Wiem, gdzie robią najlepszą pizzę, gdzie mogę wypić ulubioną kawę i w którym sklepiku są najtańsze i najzdrowsze przekąski. Intuicyjnie wyczuwam kiedy będzie opóźniony lot, co w moim przypadku zdarza się bardzo często, oraz do którego wejścia muszę się udać. Mogłabym nazwać to miejsce swoim drugim domem, ale przecież dom to nie tylko miejsce, które znamy na wylot. To raczej miejsce, którego mapa odciśnięta jest w naszym sercu.







W moim sercu odciśnięta jest mapa Hiszpanii.

To mój dom. To na dźwięk tego języka uśmiecham się szeroko. To te krajobrazy przyspieszają bicie mojego serca. To tutaj czuję się idealnie, jak w żadnym innym zakątku na świecie.


       Wierzę, że każdy z nas ma swoje przeznaczone miejsce na ziemi. Jedni nie muszą wcale szukać. Kochają dom, w którym urodzili się, wychowali i nie pragną niczego więcej jak budować swoje życie właśnie tam. Inni pakują się w jedną małą walizkę i wyruszają na poszukiwania. Bardzo często okazuje się, że to, co próbowali znaleźć na drugim krańca świata, mieli tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Pozostali czują się zagubieni i być może nie poświęcają wystarczająco dużo uwagi myślom, gdzie właściwie jest ich miejsce. Dzisiaj opowiem Ci, jak znalazłam swoje miejsce na ziemi. Być może moja historia zainspiruje Cię do głębokich poszukiwań lub refleksji nad tym, gdzie jest Twoje miejsce na Ziemi.






       Niewątpliwie Hiszpania była pisana mi już od nastoletnich lat. Po raz pierwszy przyleciałam do Barcelony razem z mamą. Stawiałam swoje pierwsze kroki, nieświadoma jeszcze tego, co przyniesie mi przyszłość. Ta zaskoczyła mnie niewyobrażalnie, bo niecałe dwa lata później poznałam Hiszpana, który przewrócił mój świat do góry nogami. Przyznaję skrycie, że zawsze miałam słabość do hiszpańskiej muzyki i latynoskich telenoweli. Uwielbiałam brzmienie ich języka, wpatrywałam się zaczarowana w żywą gestykulację Hiszpanów i marzyłam, że kiedyś i moje ciało zostanie odmrożone. Nie myliłam się. Już od prawie dwóch lat z dumą mówię, że mieszkam w Hiszpanii, a na samą myśl o tym miejscu na mapie świata robi mi się ciepło na sercu.


       Dlaczego Hiszpania?


Szczęśliwe Teraz i Tu      


       Żadne miejsce na ziemi nie nauczyło mnie tak barwnego i spokojnego życia. To właśnie w Hiszpanii zaczęłam żyć wolniej i dostrzegać najpiękniejsze momenty Teraz i Tu. Zapomniałam co to znaczy spieszyć się i biec w nieznanym kierunku i ściśniętym gardłem. Tutaj naprawdę liczy się teraźniejszość. Najcenniejszy jest moment, który łapię Tu i Teraz, to czyni mnie najszczęśliwszą.



Atmosfera


       W powietrzu wyczuwam wyjątkową atmosferę. Wewnętrzny spokój, pogodny uśmiech obdarowany przechodniom, poczucie wolności i akceptacji. W Hiszpanii nie czuję się imigrantką, nie czuję się turystką. Ludzie ciepło przyjmują mnie taką jaka jestem, razem z moim pochodzeniem, zainteresowaniem, kulturą i moją historią. Hiszpania wolna jest od agresywnych podziałów i braku tolerancji. Tutaj oddycha się głębiej, spokojniej  i radośniej. 

 

Minimalizm


       Oprócz pięknych widoków, które są na każdym kroku nie potrzeba mi nic więcej do szczęścia. Nie lubię już zakupów, nie lubię tłocznych miejsc i komercji. Lubię po hiszpańsku, w zwiewnej sukience, sneakersach lub japonkach w  stopach całych w piachu. Lubię z tapas na stoliku i bez zegarka na ręku z niekończącymi się rozmowami na ustach. Lubię patrzeć na zachód słońca, słuchać szumu morza i siadać na klifach z własnymi myślami. To tyle i aż tyle. Więcej nie potrzeba mi do szczęścia. Przesłodki minimalizm.






Finanse


       Zarówno rynek pracy jak i życie w Hiszpanii nie należy do najłatwiejszych. Ciężko jest znaleźć pracę, a o wynagrodzeniu, pokrywającym wysokie koszty życia już nie wspomnę. Mimo wszystko Hiszpanie zdają się być najbogatszymi ludźmi świata. Mają w sobie radość i spokój. Zadowalają się tym, co mają i dbają o to jak o największy skarb. Podoba mi się ich wolność. To, że nie przywiązują się tak do rzeczy materialnych jak dom na wieczny kredyt i nowiuteńkie auto zaparkowane przed garażem tak, żeby zauważył je sąsiad. Żyją świadomie i skromnie.


Kontakt z naturą


       Żadne miejsce na świecie nie uspokaja mnie bardziej niz zakątki Hiszpanii. Budzi mnie krzyk papug, piję kawę razem z szumiącymi falami, zanurzam swoje ciało w rześkiej wodzie morskiej i zapominam o całym świecie. Nie patrzę na zegarek, kiedy wybiegam z psem na spacer, gubię się w dzikiej tropikalnej roślinności, wsłuchuję się w odgłosy natury i w pełni czuję się sobą. Słyszę swoje myśli, odczytuję sygnały, jakie wysyła mi moje ciało, a wewnętrzny spokój mieszkający w moim sercu podpowiada mi, że to tutaj. To tutaj jest mój dom. Miejsce, którego mapę odciśniętą mam w sercu.





Czy masz swoje miejsce na ziemi? A może jesteś w trakcie poszukiwań? Podziel się tym ze mną w komentarzu!




Całuję z mojego miejsca na ziemi,
Paulina G Lifestyle







12.04.2019

Azja #2- Filipiny



       W Hiszpanii nie padało już chyba od prawie dwóch miesięcy. Każdego dnia wypatrywałam choćby najmniejszej chmurki i czekałam z utęsknieniem na deszcz. Wiem, że wy, moi kochani Czytelnicy, wyczekujecie słońca, wiosny, a najlepiej już lata, ale ja spragniona jestem deszczu. Tak samo jak usychająca już trawa, suche powietrze, przyroda i ulice. Pragnęłam deszczu. Pragnęłam poczuć na skórze zimne i ciężkie krople. Pragnęłam usłyszeć ten kojący dźwięk, uderzających kropel o szybę, zabawny plusk, gdy stawiam stopę w kałuży. Pragnęłam poczuć to czyste i świeże deszczowe powietrze. Czekałam na deszcz, a to uczucie tęsknoty przypomniało mi pobyt na Filipinach. Tym samym uzmysłowiłam sobie, że już dawno nie było postu z serii azjatyckiej. W ostatniej podróży zabrałam Was do Taipei, czyli mojego drugiego domu, a dzisiaj pokażę Wam Filipiny moim okiem i sercem po brzegi wypełnionym wspomnieniami. Gotowi na kolejną azjatycką podróż? Chodźcie!




                                                                                                                                

Pierwsze wrażenie


       Gdy koła samolotu dotknęły ziemi byłam zmęczona 27- godzinnym lotem tak bardzo, że nie byłam w stanie chłonąć nowych zapachów i widoków. Pamiętam jedynie istny chaos. Wściekle trąbiące na siebie auta, przeciskające się pomiędzy nimi rowery z przyczepionymi do bagażnika wózkami. Ktoś dotknął mojego ramienia, proponując taksówkę, jeszcze inna kobieta wpychała mi już pod pachę torebkę za kilka dolarów. Światła bilbordów raziły mnie w oczy i nie marzyłam o niczym innym, jak znaleźć się już w aucie, którym przyjechał po mnie J. Wpadłam w jego ramiona, włączyłam klimatyzację, chroniąc się od prawie 40 stopni w nocy i zamknęłam oczy wydmuchując głośno powietrze z moich płuc. Czułam się zmęczona i brudna, a moje ciało zdawało się protestować na zbyt dużą ilość nowych, nieznanych mi bodźców. Witaj w Manili- powiedział J. całując mnie w czoło, a ja zdezorientowana nie wiedziałam co myśleć o czekających mnie tutaj kolejnych miesiącach.


Jakie okazały się być Filipiny?


Hojne w życiowe lekcje. Bogate w miłość w ludzkich oczach. Pełne kontrastów.




Ludzie

      
       Widzę otwierającego mi drzwi ochroniarza, uśmiechającą się ekspedientkę w typowym dla Azji 7eleven. Widzę przytulającą mnie managerkę, przynoszącą mi kawę wizażystkę i kierowcę, który stojąc w korku wsuwa mi w dłoń garść cukierków. Widzę tych wszystkich ludzi i moje serce wypełnia się ogromną miłością. Każdy pomaga sobie wzajemnie i troszczy się o innych. Urzekająca bezinteresowność sprawia, że Manila staje się lepszym miejscem.

Lepszym? Czy miasto, w którym ludzie są tak dobrzy nie jest idealnym miejscem na ziemi?

       Chciałabym. Chciałabym, aby cały ten tekst miał jak najbardziej pozytywny wydźwięk o Filipinach. Chciałabym, nie wspominać o ogromnym kontraście społecznym, jaki panuje w tym kraju. Chciałabym zapomnieć o półnagich dzieciach szarpiących moje ramię, prosząc o pieniądze. Chciałabym nie pamiętać widoku wielodzietnich rodzin, mieszkających pod mostem lub na cmentarzu. Chciałabym nie uczestniczyć w sytuacji, gdy po kryjomu kupowaliśmy razem z J. jedzenie dla biednych dzieci w obawie, że mafia przystawi nam lufę do skroni. Chciałabym, żeby nie istniał w tym kraju tak ogromny podział na ludzi bogatych i biednych. Na tych, którzy mieszkają w luksusowych apartamentach i codziennie stołują się w restauracjach, do których jeżdżą swoim Ferrari i na tych, którzy siedzą półnadzy na ulicy z nieobecnym spojrzeniem. Zwycięzcy i przegrani....








   Miejsca


       Skłamałabym, gdybym wybrała dla Was kilka punktów na mapie, które warto odwiedzić na mapie miasta.Według mnie nie istnieją one w Manilii. To ogromna aglomeracja licząca ponad 24 miliony mieszkańców. To miasto pełne wieżowców, firm, restauracji i centrum handlowych. Nie skłamię również, mówiąc, że większość życia w Manili toczy się właśnie w centrach handlowych. Ogromne powierzchnie pełne sklepów, restauracji, parków rozrywki i sztucznych parków, gdzie chociaż przez chwilę można wyobrazić sobie prawdziwy park, soczyście zieloną trawę czy śpiew ptaków, który dobiega z głośników centra handlowego. To było moje życie na Filipinach przez dwa miesiące. Tęskniłam za deszczem, za świeżym powietrzem, za przestrzenią, lasem i odrobiną kontaktu z naturą.

       Miałam wielkie szczęście, bo kilka razy udało mi się wyrwać na wyspę Boracay i inne kurorty w pobliżu miasta, które w pełni pozwalały mi ładować baterie. Poznawałam egzotyczne rośliny, wsłuchiwałam się w szum fal,krzyk ogromnych kolorowych ptaków i na chwilę zapominałam o tłocznej i zakorkowanej Manili. To był mój osobisty raj na Filipinach. Świeża woda kokosowa, czyste powietrze, lazurowe wody morskie, sympatyczni ludzie i słodycz tropikalnych owoców.







  Jedzenie


... a jeśli już mowa o jedzeniu to na pierwszy ogień pójdą tutaj owoce, które smakować można na wiele sposobów. Bazarki pełne są mango, papaya i kokosów. Bardzo popularne są również świeżo wyciśnięte soki, szejki i woda kokosowa. Obok ryb to chyba najczęściej spożywane przeze mnie menu. Z całej Azji to właśnie Filipiny słyną z najgorszej kuchni, a ja zdecydowanie popieram te pogłoski.

      Rady dla turystów, aby stołować się tam, gdzie jedzą lokalni zupełnie nie sprawdza się na Filipinach. Są to najczęściej tzw. „gary”, które przygotowywane są każdego dnia i wystawiane na ulice. Do garów można wrzucić wszystko. Nie można jednak liczyć na to, że danie z kurczakiem ryżem i warzywami naprawdę będzie miało warzywa i mięso z kurczaka. Wiele razy na moim talerzu lądowały kości, ścięgna i ogromna porcja ryżu z dwiema fasolkami... W taki sposób bardzo szybko zaczęłam stołować się w restauracjach obcokrajowców, które znacznie różnią się od filipińskiej kuchni. Restauracje japońskie, hiszpańskie czy włoskie zaczynają podbijać wielkie centra handlowe, a właściciele otwierają swoje lokale pięknie wykończone z odpowiednim klimatem. Ile w całej kuchni jest Filipin? Niestety niewiele.






Przygody i uczucia


       Filipiny to miejsce, gdzie pierwszy raz zetknęłam się z przerażającą biedą. Widziałam stertę podartych materacy i zmontowanych kuchni ze złamanych kawałków drewna, służących jako mieszkanie ludzi pod mostem. Odwiedziłam obszary, w których nagie i głodne dzieci błagały o jedzenie, a oczy ich matek pełne były rozdzierającego smutku i bezradności.To miejsce, które trzęsienia ziemi, powodzie i tajfuny nawiedzają kilka razy w ciągu roku. Mieszkańcy kilkakrotnie odbudowują swoje domy i przygotowują się na kolejne katastrofy. Mimo wszystko są to ludzie głęboko wierzący, życzliwi i pomocni. Cieszą się dniem dzisiejszym, a swoją wdzięczność wyrażają w prostych gestach, jak pomoc innym, ciepły uśmiech i dobre słowo. Niektórzy z nich nie mają wiele, ale dzielą się z innymi. Jedne z najpiękniejszych lekcji życiowych podczas moich podróży wyniosłam właśnie na Filipinach.

       Manila być może nie jest najlepszym kierunkiem turystycznym. Jakkolwiek warto chociaż przez jeden dzień poznać panującą w mieście atmosferę. Warto zobaczyć ogromne wieżowce i budowane tuż pod nimi domy z pękniętych opon. Warto zasmakować zapachu ulic, smaku ulicznego jedzenia. Warto postać kilka godzin w korku. Warto spojrzeć w oczy przeciętnego Filipińczyka. Warto zajrzeć w ich serca. Warto pomóc i docenić to, co mamy w swoim życiu.







      Moja przygoda z Filipinami jeszcze nie skończyła się. Nadal jest we mnie głód bliższego poznania tego kraju. Razem z J. być może już w tym roku planujemy powrót. Tym razem bardziej uważny, wolniejszy i z dala od tłocznej aglomeracji. W naszych głowach pojawia się marzenie o zwiedzeniu kilku filipińskich wysp, ale będzie to już zupełnie inna przygoda, o której z pewnością Wam opowiem...

       Jak wyglądają Filipiny w Waszych oczach? Co zaciekawiło lub zaskoczyło Was najbardziej? Czekam na Wasze komentarze!


       Zakochana w Azji,
Paulina G Lifestyle  




25.03.2019

Hiszpańska siesta- mit czy rzeczywistość?




       Kiedy otworzyłam oczy i z rozmarzeniem spojrzałam na biały dom mojego sąsiada i mój ulubiony odcień nieba poczułam się jak milionerka. Wuooaaa! Drzemka w ciągu dnia! Żadnych wyrzutów sumienia, żadnych krzywych spojrzeń ludzi dookoła i żarcików, że jestem leniwa i mało produktywna. Zupełnie błoga i beztroska drzemka w ciągu dnia... ah! Takie rzeczy dzieją się tylko w Hiszpanii. Tym samym zdałam sobie sprawę, że nie mówię Wam o tym, jak wygląda codzienne życie Hiszpanów. Biorę to jako pewną i zrozumiała rzecz. Przecież to jeden z najpopularniejszych krajów Europy. Z pewnością każdy słyszał o leniwych Hiszpanach, którzy zaraz po obiedzie idą spać i przesypiają cały dzień. Każdemu obiło się o uszy, że zamykają sklepy, instytucje i swoje prywatne firmy właśnie w południowych godzinach szczytu. Jak naprawdę wygląda hiszpańska siesta w praktyce? Już Wam opowiadam!  






Czy siesta istnieje naprawdę?


       Istnieje. W godzinach mniej więcej od 14-17 ludzie przerywają swoją pracę i ostatnie minuty w biurze myślami są już w domu, przy stole z rodziną, na kanapie, lub na plaży. Godziny siesty są oczywiście umowne. Niektórzy zamykają swoje biura lub prywatne sklepiki już o godz. 13:30 (jak na przykład sklep zoologiczny, w którym zaopatruje się mój Kobi). Bardzo często kawiarenki otwarte są już od 16. Sztuką jest wytropienie interesującej nas usługi w godzinach siesty i chyba żaden Hiszpan nie ma na to ochoty, stąd też życie ponownie rozpoczyna się po godzinie 16:30.



Co robi się podczas siesty?

 
       Odpoczywa! To czas, w którym rodzina może zjeść wspólnie posiłek, pójść na plażę i cieszyć się promieniami słońca lub wręcz przeciwnie- schować się w chłodnym mieszkaniu i pozwolić ciału bezwładnie opaść na kanapie. Drzemka oczywiście jest wskazana. Zaleca się siestę nie dłuższą niż 30 min.

       Kimberly Cote, dyrektor Laboratorium Badań nad snem z Uniwersytetu w Ontario twierdzi, że:


“Dzienny odpoczynek jest nam rzeczywiście wskazany i potrzebny aby mieć szybsze reakcje, świeższy umysł, pamięć i uwagę. Należy pamiętać o tym, by nasze drzemki nie były zbyt długie. Wystarczy 10 lub 20 min aby zregenerować siły i zwiększyć swoją wydajność. Jeżeli zaśniemy w ciągu dnia na godzinę lub dłużej, zapadniemy w głęboki sen, z którego ciężko jest nam się wybudzić. Czujemy się jeszcze bardziej zmęczeni, a jakość snu nocnego jest dużo niższa”



       Nie każdy oczywiście może pozwolić sobie na tak sielankowy scenariusz siesty. Bardzo często ludzie dojeżdżają do pracy lub pracują w tak wielkich i buzujących niczym maszyna korporacja, że tak długa przerwa pozostaje niespełnionym marzeniem. W takiej sytuacji odpoczynek pracowników dużych miast to wypad do restauracji ze znajomymi, szybkie załatwianie spraw na mieście lub typowy lunch box w biurze.






Dla kogo siesta nie istnieje?


       Restauracje absolutnie nie mogą pozwolić sobie na zatrzymanie interesu w godzinach, kiedy cały kraj wylewa się z biur, aby właśnie coś zjeść. Te godziny dla kucharzy i kelnerów są najbardziej pracowitymi godzinami zaraz po porze wieczorowej. Kuchnie budzą się do życia, ogień bucha ze wszystkich stron, piece nagrzewają się do maksymalnych temperatur, prosząc o odpoczynek, który nadchodzi już od 17-20. Tutaj mam ciekawostkę! Możecie zapomnieć o zjedzeniu obiadu po godzinie 17. Jeśli jesteś typem śpiocha i jadasz późne obiady w Hiszpanii zapomnij, że jakakolwiek restauracja będzie otwarta! Jeśli już takową znajdziesz- możesz zamówić kawę lub tapas, czyli hiszpańskie przekąski.

       Siesta nie dotyczy również pracowników supermarketów, stacji benzynowych oraz centrum handlowych. 


Jak wygląda siesta w praktyce?


       Bardzo znośnie. Naprawdę! Moje początki z porą siesty w Hiszpanii były tragiczne. Nie pamiętałam o niej zupełnie, przez co potrafiłam pukać do drzwi apteki, która dziwnym zbiegiem okoliczności była zamknięta w samo południe. Nie zliczę ile klamek pocałowałam w godzinach siesty, dziwiąc się i wybałuszając oczy na spokojnie siedzących w restauracjach Hiszpanów. -Ah! Oczywiście! Siesta- powtarzałam z ironicznym akcentem nad sjjjjjjeeeeestA.


       Zaakceptowałam ten hiszpański zwyczaj i, dostrzegłam jego dobre strony. Siesta naprawdę pozwala zwolnić. Wypić w spokoju kawę, wyjść z psem na dłuższy spacer i cieszyć się promieniami słońca. Podejrzewam, że to właśnie dlatego Hiszpanie z uśmiechem wyciągają ramiona do każdego nadchodzącego dnia. Ten zawsze ma im coś do zaoferowania. Obiad zjedzony wspólnie z rodziną, kawa z przyjacielem czy drzemka i totalne odcięcie się od obowiązków chociaż na 15 min. Błogi stan!






       Wychowałam się w kraju, gdzie siesta wydawała mi się być nierealna do wykonania. W kraju, w którym ludzie biegną nie wiadomo dokąd z poważnym i zimnym wyrazem twarzy. W kraju, w którym „nie wypada” być leniwym i mało produktywnym. Hiszpania uczy jak cieszyć się właśnie codziennością i odpoczynkiem. Nie muszę jechać na wakacje, aby celebrować moment picia kawy w środku dnia. Nie muszę niedosypiać, aby wyrobić dzienny limit zadań. Każdego dnia mogę wybrać- siesta czy jej brak?

       Ciekawa jestem co Wy sądzicie o zwyczaju hiszpańskiej siesty? Czy chcielibyście, aby w miejscu, w którym mieszkacie również ona zaistniała?           




20.03.2019

Pokonaj swój strach! Szczyty są piękne. Są dla nas.




       Łóżko było tak ciepłe i wygodne. Ciężka kołdra przygniatała moje bezwładne ciało, które opadało w czeluście satynowych poduszek. – Nie wstaję. Nie ma mowy! – wymamrotałam. Tu jest tak dobrze. Nie ma sensu nigdzie iść. Zresztą zobacz, zaraz będzie padać. – w odpowiedzi usłyszałam głośny śmiech J. i w tym samym momencie poczułam zsuwającą się ze mnie pościel. Nie było sensu walczyć z prawie dwumetrowym mężczyzną. Przegrałam. Wygramoliłam się z łóżka i podnosząc rolety zaśmiałam się sama do siebie. Deszcz w Hiszpanii. Chciałabym! Naprawdę chciałabym odrobinę deszczu! Tym bardziej dzisiaj, kiedy idealnie rozwiałby nasze plany. Zmusił do przełożenia, zapomnienia.

       Wspinaczka po górach! Kiedy i jak do tego doszło, że zgodziłam się na taki plan? Do głowy nie przychodziła mi żadna wymówka, znajomi już czekali pod naszymi drzwiami. Nie miałam wyjścia. Zostałam już brutalnie wyrwana z błogiego snu w ciepłym łóżku. Zjadłam omlet, wypiliśmy kawę i zanim kompletnie rozbudziłam się stałam już przed ogromnymi górami.





       Czego boisz się najbardziej?


         Ja gór. Ogromnych, masywnych w swojej budowie. Wysokich tak bardzo, że czuję się przez nie przytłoczona. Budzą we mnie szacunek i strach tak wielki, że klatka piersiowa nagle robi się ciężka i ma trudności z oddychaniem. Kiedy patrzę w dół, jednym okiem podziwiam piękne pejzaże, a drugim skanuję każdy centymetr bezpiecznego podłoża. Nie znajduję żadnego. Wyobrażam sobie jak toczę się w dół, niczym mały kamyk zrzucony przez J. Kręci mi się w głowie. Mam duszności. Staram się zachować równowagę i sama sobie pluję w brodę, że histeryzuję aż tak bardzo. Moje ciało odmawia mi posłuszeństwa. Wstrzymuję oddech. Czuję ciężar w klatce piersiowej, trzęsą mi się nogi. Chcę się wycofać, ale nagle uświadamiam sobie, że jestem już w połowie drogi.


       Poddać się?

   Ile razy z drżącym sercem stałaś właśnie przed taką górą? Ile razy musiałaś zmierzyć się ze swoim strachem? Jak często poddawałaś się, a jak często decydowałaś się na ostateczne starcie?






       Tego dnia zupełnie nieświadomie pokonałam swój strach i gdy weszłam na szczyt intuicyjnie wiedziałam, że to pomoże mi zmierzyć się z każdą życiową górą.

       Usiadłam na skale i z zamkniętymi oczami wsłuchiwałam się w ten jakże inny kawałek świata. Moje serce dudniło ze zmęczenia i podekscytowania. Oddech powoli uspokajał się, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Byłam tak daleko od codziennych obowiązków i od cywilizacji. Nie słychać było charakterystycznego szumu przejeżdżających aut i ludzkich odgłosów. Na szczycie była tylko nasza czwórka, pogrążona w refleksji i medytacji z naturą. Ptaki śpiewały jakby pod nami, a niebo zdawało się być na wyciągnięcie ręki. Zupełnie jak w życiu- pomyślałam mało oryginalnie. Stajemy przed wielkimi górami, które zdają się niemożliwe do przejścia. Nie zdajemy sobie sprawy, że wychodząc naprzeciw własnym lękom i utartym schematom mamy potężną moc. Cieszymy się wędrówką, zdobywamy szczyty, patrzymy na świat inaczej.






       Nie powiem Ci jak pokonywać strach. Nie powiem Ci co robić i jaki poradnik przeczytać. Powiem znów mało oryginalnie- Uwierz w siebie. Uwierz w swoje możliwości i zrób to! Postaw pierwszy, nawet najmniejszy krok. Potem kolejny i jeszcze jeden. Pnij naprzód i nigdy nie cofaj się. Szczyty są piękne. Są dla nas.



Ściskam mocno,
Wasza Paulina G Lifestyle