wtorek, 27 września 2016

Magiczna wyspa Bali.



        3, 2, 1… O cholera ! @#$#@#XX#@! Koła samolotu niespodziewanie uderzyły o ziemię, a ja z przerażenia nie mogłam złapać powietrza. Cała maszyna dziwnie kołysała się na boki, a widoczki budynków, zieleni i oceanu przybliżały się do nas w zawrotnej prędkości. Pilot metalowego ptaka, którym lecieliśmy, niewątpliwie zapomniał o prawidłowym podejściu do lądowania, znaczeniu słowa ,,delikatnie” i „ z wyczuciem” oraz o tym, że na pokładzie są ludzie! Właśnie tak wylądowaliśmy na wyspie moich marzeń. Mija prawie rok od podróży do miejsca, które od wielu lat było tylko kropką na mapie wielkiego świata. Punktem, do którego wzdychałam i wznosiłam oczu ku niebu, aby moje marzenie kiedyś mogło się spełnić. Gdy w zeszłym roku mój chłopak oznajmił, że w październiku wyruszamy na Bali, nie mogłam w to uwierzyć. „Marzenia się spełniają!”- powtarzałam bezustannie.
       Chyba pierwszy raz w ciągu wielu lat podróżowania, założeniem naszej wyprawy nie było zwiedzanie. Zrezygnowaliśmy ze wspinaczek po górach, odkrywania kolejnego aktywnego wulkanu, oglądania świątyń. Powiedzieliśmy stanowcze „Nie!” do hałaśliwych skuterów, tłocznych restauracji i miejsc idealnych dla turystów. Pragnęliśmy zatracić się w tropikalnych klimatach, zapomnieć o pracy, stresie i problemach. Głównym celem był odpoczynek i błogie lenistwo na plażach. Tak też zrobiliśmy!



       Nasz wybór padł na aparthotel, który składał się z kilku niewielkich domków i pokoi, osadzonych między ogrodami pełnymi drzew i różnorodnych kwiatów. Z okna balkonu podziwiałam przepiękną naturę, soczyście zieloną trawę, a także basen. Obserwowałam ludzi, oddających się błogim wakacyjnym lenistwom. Niewątpliwie panowała przytulna i kameralna atmosfera.  Nade wszystko ceniłam tam sobie prywatność i spokój. Budzona przez śpiew ptaków i szum palm tuż nad moją głową, zaczynałam dzień od dawki pełnej świeżych owoców tropikalnych, delikatnej kawy i uśmiechu mojego ukochanego.






       Przez pierwsze dwa dni naszą największą atrakcją były skutery wodne. Z zawrotną prędkością przecinaliśmy fale, łapaliśmy sól morską na nasze twarze, a w ciałach krążyła adrenalina. Czasem zatrzymywaliśmy się na środku morza i dawaliśmy ponieść się ruchom wody. Kołysani w rytm natury podziwialiśmy nieskazitelnie czysty turkus i malutkie rafy koralowe, znajdujące się na dnie.




       Kolejne dni w pełni oddaliśmy się promieniom słońca i życiu plażowiczów. Beztrosko biegałam po plaży, ubrana w uśmiech i bikini, pływałam w słonej wodzie, a delikatny piasek parzył moje stopy. Godzinami wpatrywałam się w czystą linię horyzontu. Tam, gdzie niebo spotyka morza i oceany, łącząc się w perfekcyjną całość. Podziwiałam odcienie błękitu i turkusu z mieszanką promieni słonecznych, a moje szczęście i miłość do świata zdawała się odbijać w tafli wody. Długie spacery brzegiem morza poświęcałam na wsłuchiwanie się w odgłosy natury, szum fal, szelest liści palmowych, dotykających siebie nawzajem. Refleksje życiowe i długie rozmowy przy świetle księżyca sprawiły, że mogłam zrelaksować się i być „Tu i Teraz”. Liczyły się małe momenty takie jak zachód słońca, bicie serca, szum fal, a reszta świata zdawała się zapomnieć o nas na kilka dni.





       Słodkie lenistwo umilały nam zabawy przy basenie i soki ze świeżo wyciskanych owoców. Pamiętam, gdy zamykałam oczy i z uśmiechem wsłuchiwałam się we wszystko co mnie otacza. Stukot bambusowych „dzwoneczków” przenosił mnie do raju, plusk wody tak błogo odprężał, dotyk bliskiej osoby uświadamiał, że do szczęścia nic mi więcej nie potrzeba. Ludzie stawali się odlegli, nie widziałam żadnych sklepów, restauracji, ani samochodów. Tylko ja, moja bratnia dusza i Bali…









      Wieczorami puby i restauracje wypełniały się gwarem. Ludzie sączyli wino, zajadając owoce morza. Każde miejsce zapraszało odmiennym klimatem. Obserwowałam wtedy słodko spalone słońcem nosy turystów, roześmiane twarze i beztroskie spojrzenia. Dla mnie wyjątkowe były spacery brzegiem morza. Gdy plaże powoli pustoszały zdejmowałam sandały i dałam się prowadzić przybrzeżnym falom. Księżyc zdawał się pływać między gwiazdami, a ja wpatrywałam się w niego z zapartym tchem. Moja romantyczna dusza była w raju!









" Paradise is not a place. It's a feeling..." 



czwartek, 22 września 2016

Co z tą pewnością siebie?



       W rześki wrześniowy poranek nadal trochę zaspana maszeruję do pracy. W głowie układam sobie plan na nowy dzień, analizuję nadchodzące projekty i leniwie sprawdzam ogromną przestrzeń internetową. W samochodzie ziewam jeszcze kilka razy i powoli wybudzam się na nowy dzień. Zdaję sobie sprawę, że wyróżniam się z tłumu Azjatów i to nie dlatego, że jestem Europejką. Ich starannie wyprasowane koszule, garnitury i marynarki, teczki wypełnione dokumentami. Panie w eleganckich spódniczkach, żakietach, wystukują obcasami na chodnikach. ( Swoją drogą nie wyobrażam sobie założyć szpilek o 7 rano!) Ich wymodelowane włosy, jak gdyby pięć minut temu opuściły salon fryzjerski, nałożony makijaż, przypominający ten od gwiazd z Cannes, obowiązkowo telefon najnowszej generacji w dłoni, a pod pachą torebka Prady. Panowie obficie oblewają się zapachami popularnych, drogich marek, na które mój nos reaguje zbyt wrażliwie, a swoje Porsche i Maserati z wielką dumą parkują dosłownie przed drzwiami biur. Istny pokaz!
       Wydają się być pewni siebie. Styl, charyzma, elegancja… Panowie szarmancko uśmiechają się do kobiet, one z kolei dumnym i eleganckim krokiem dają do zrozumienia, że doskonale wiedzą o swoim własnym oszałamiającym wyglądzie.
W sklepach i restauracjach są obyci, kulturalni i zawsze utrzymują kontakt wzrokowy z rozmówcą. Wiodą zabawne życie towarzyskie, spędzają wieczory w pubach i kawiarenkach, prowadząc ożywione rozmowy i tańce. Echo beztroskiego śmiechu roztacza się po nocnych ulicach Seulu.
Ich śmiałość zaskakuje mnie niejednokrotnie. Dookoła siebie stwarzają pewnego rodzaju subtelne „show”, a ich bezpośrednie komentarze lub opinie dają mi wiele do myślenia…

       Jak kupić pewność siebie?


       Najłatwiej poprzez rzeczy materialne. Bardzo szybko można zauważyć, że Koreańczycy nie żałują sobie majątków na luksusowe auta, apartamenty, ubrania i kosmetyki. Każdy chce błyszczeć. Miasto pełne jest dziwacznych gadżetów i manekinów ubranych w kolekcje prosto z wybiegów mody. Jednak największą popularnością cieszą się operacje plastyczne.



       Zakłamanie natury.


         Korea Południowa widnieje w czołówce państw o najwyższych statystykach wykonanych operacji plastycznych. Ponad 20% kobiet w samym Seulu oddało się już w ręce chirurga, a kolejne ponad 70% okazuje chęć i aprobatę do tego rodzaju „dopracowania” . Najczęściej wykonywana operacja to plastyczna korekta oka tzw. „otwieranie oczu”. Polega ona na wymodelowaniu powiek w taki sposób, aby oczy stały się większe i szerzej otwarte. Kolejnym trendy jest wysmuklenie nosa oraz formowanie twarzy w kształt litery „V”. Efekty niektórych operacji podziwiam na stacjach metra lub w supermarketach, czy restauracjach, przekrwione oczy, zabandażowane twarze, plastry dookoła buzi. To wszystko zrobiło na mnie piorunujące wrażenie! W państwie panuje przekonanie, że uroda poprawia status życiowy, pomaga w osiągnięciu sukcesów zawodowych, a także znalezieniu zamożnego męża. Słowem „nic, jak tylko biec do kliniki!”  



       Kult piękna ma tak silny wpływ na społeczeństwo, że dziewczynki już od najmłodszych lat planują, którą część twarzy upiększą w przyszłości. Marzą o wielkich oczach, smukłych noskach, zgrabnych twarzyczkach i nieskazitelnie białych cerach. Presja na rodzicach jest tak wielka, że popularny prezent na osiemnaste urodziny to magiczna koperta z wypełnionym czekiem. Zgadnijcie na co przeznaczona jest świeża fortuna… Operacje plastyczne!
       Konkurencja wśród klinik ciągle wzrasta, każda z nich pełna jest okazyjnych promocji, luksusowych usług takich jak transport z lotniska, zapewnienie zakwaterowania, udogodnienia podczas rekonwalescencji, SPA itp. Walka o klientów trwa!
       Tymczasem na lotniskach wielu obcokrajowców, którzy odwiedzili Seul w celu wykonania operacji plastycznej, mają problem z przejściem przez odprawę. Widniejące zdjęcia w paszportach i dokumentach są rzecz jasna inne niż osoba stojąca przed ochroną. Nagle Chinka staje się kobietą o ogromnych ciemnych oczach, kształt twarzy znacznie się zmienił i jakoś tak… nienaturalnie.


       Co z tą pewnością siebie?


piątek, 16 września 2016

Koreańskie święto dziękczynienia- chwila refleksji.




       Zaglądam do kalendarza i nadal nie dowierzam, że kolejne dni są dla mnie również czerwoną kartką! Pięć długich leniwych dni, kompletne zwolnienie życia wielkiego miasta, większość pozamykanych sklepów, zero hałasu ulicznego. Ludzie jak gdyby znacznie wyluzowali, spacerują po uliczkach miasta, dzieciaki wydają się szerzej uśmiechnięci, a rodzice odprężeni. Wszystko  z powodu Chuseok lub inaczej nazywanym Hangawi. W polskim tłumaczeniu oznacza święto plonów, lecz Koreańczycy zdecydowanie podążają amerykańskim rytmem, stąd też Święto Dziękczynienia.
       Jest to jedno z najważniejszych świąt w całym roku, przypada ono na piętnasty dzień ósmego miesiąca kalendarzowego. Czas spędzony w gronie rodziny i najbliższych, składaniu dziękczynienia za bogactwa, modlenie się do zmarłych przodków, a także odwiedzanie ich grobów. Stoły w koreańskich domach uginają się pod ciężarem tradycyjnych potraw, lecz przed skonsumowaniem wszystkich pyszności członkowie rodziny składają pokłony i dziękują przodkom za bogate zbiory. Jednym z głównych składników dań jest świeżo zebrany ryż, z którego lepione są kluski ryżowe ( według mnie są bardzo podobne do naszych polskich kopytek, lecz w słodkim wydaniu) nadziewane sezamem, miodem i orzechami. Koreańskie Święto Dziękczynienia trwa aż 5 dni! Przez ten czas domownicy odpoczywają, pochłaniają ogromne ilości jedzenia, a także urządzają stare tradycyjne gry i zabawy, np. zapasy, przeciąganie liny, kobiety ubrane w typowe koreańskie stroje śpiewają i tańczą w okręgu.

       Dla mnie ten okres jest typowym czasem na zwiedzanie miejsc, które jakimś cudem są czynne, błogim lenistwem w łóżku, kawą na tarasie i milionem refleksji w mojej głowie. Po wczorajszym siedmiogodzinnym spacerze dzisiaj oddaję się w objęcia parującego kubka kawy, muzyki jazz w tle i słodkiego blogowania. Stąd też pojawił się pomysł na Moje własne Święto Dziękczynienia.


       Osobiście nie potrzebuję ustalonej daty do dziękowania za wszystko, co mam. Każdego dnia staram się dostrzegać nawet te najmniejsze rzeczy dookoła mnie. Promyk słońca, błękit nieba, śpiew ptaków lub poranne śniadanie ( zdecydowanie jestem miłośniczką długich poranków, śniadań, kaw itp. ) Zdaje się, że widzę i czuję więcej. Optymistka.

       A więc za co jestem wdzięczna…

       Za moje życie, za wspaniały dar i możliwość przyjścia na ten świat zdrowa i gotowa do podboju! Zakochuję się w swoim życiu i w jego najmniejszych szczegółach, takich jak poranne wstawanie, zwykła codzienność, bliskość z ludźmi, praca, uśmiech nieznanego przechodnia lub „Dzień dobry” nowego sąsiada, a zmieniam sąsiadów bardzo często. 
       Nie wyobrażam sobie moich wzlotów i upadków bez rodziny i najbliższych. To właśnie za ich obecność dziękuję każdego dnia. Dzielone razem z nimi przestrzenie czasu i miejsca tylko uświadamiają mi jak wielką miłością darzymy siebie nawzajem. Nic nie daje mi większej siły jak właśnie ta Mała najbardziej wyjątkowa grupa osób.


       Jestem wdzięczna za ścieżki i drogowskazy na mojej drodze życiowej, które doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem obecnie. Podjęte decyzje pomogły mi w poznaniu siebie i wiem, że bez nich do tej pory mogłabym biednie błądzić i po omacku szukać sensu istnienia. Porażki i upadki ukształtowały mój charakter, dzięki temu daję sobie prawo do błędów i momentów słabości, a ciężkie okresy mojego życia uczyniły mnie osobą silną i tym samym wrażliwą.
       Większą część siebie samej poznałam podczas odkrywania świata. Dowiedziałam się kim jestem i co chcę robić, odszukałam swoją bratnią duszę, nauczyłam się przełamywać stereotypy i otworzyć swój umysł szerzej na otaczającą mnie przestrzeń życiową. Dziękuję za każdy piasek, parzący moje stopy, za każdy turkus oceanów, który zapierał dech w piersiach, za te chwile euforii i wolności, w których biegałam z rękoma uniesionymi ku górze, krzycząc ze szczęścia. Jestem wdzięczna, że mogłam zwiedzić również biedniejsze kraje, doświadczyć na własnej skórze problemy, z jakimi borykają się ubogie warstwy społeczne, zobaczyć jak naprawdę żyją inni ludzie. Wiem, że to dało mi ogromną lekcję życia, aby doceniać to, co mam.


       W dniu mojego własnego święta dziękczynienia chciałabym również podziękować za moją pracę. Jeszcze kilka lat temu nie byłam nawet w stanie wyobrazić sobie, że kiedykolwiek mogłabym pracować jako modelka, spełniać się w swojej pasji, mieć z tego środki finansowe, ogromną satysfakcję i nagle znaleźć się na drodze ku spełnianiu swoich marzeń. 
       Dziękuje również za Was, moi kochani Czytelnicy, bo to właśnie Wy pokazaliście mi, że mogę pisać i wyrażać siebie poprzez to, co kocham. Nie spodziewałam się, że blogowanie podaruje mi tak wielką porcję szczęścia i satysfakcji. Dziękuję, że jesteście!
       Przede wszystkim dziękuję  za obecność Boga w moim życiu… Wiem, że bez niego nie byłabym tak szczęśliwa i spełniona.


Dzisiaj chciałabym zaprosić Was do odrobiny refleksji…
            Za co jesteś wdzięczny w swoim życiu???



poniedziałek, 12 września 2016

Turystyczna niespodzianka.




       Zasiadam przed klawiaturę z drżącym jeszcze sercem i niewyobrażalnym zmęczeniem. Odkrywam świat! Z szeroko otwartymi oczami staram się opanować emocje i pozbierać wszystko w jedną całość. A więc… Spędziłam kilka dobrych godzin powłócząc nogami po ulicach Seulu, zrobiłam tysiące zdjęć, przeniosłam się do idealnego dla mnie miejsca, czyli ogromnej przestrzeni zapełnionej zielenią, kwiatami i pięknem natury. Zwiedziłam najwyższy punkt widokowy w stolicy, zrobiłam dziesiątki kilometrów pieszo i prawie umarłam z wyczerpania, ale wróciłam do mieszkania obłędnie szczęśliwa. Dzisiaj zdecydowanie wcieliłam się w rolę turystki.



       Po całym tygodniu pełnym castingów i sesji zdjęciowych wreszcie miałam czas na odkrywanie Seulu! Swoje pierwsze kroki skierowałam w stronę najwyższego punktu widokowego, czyli N Tower
Wieża o wysokości 236m wabi turystę, a także mieszkańca. Z własnej obserwacji wiem już, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Rodzice, leniwie spacerujący ze swoimi pociechami, grupy młodzieży w pubach i restauracjach oraz turyści biegający z kijkami od selfie i wielkimi plecakami, niczym „w drodze na Mount Everest”  bez których oczywiście nie mogłoby się obyć. Wieża znajduje się u szczyt gór Namsan, stąd też właśnie pochodzi jej oryginalna nazwa. Droga do punktu turystycznego jest jednak bardzo ułatwiona, ponieważ za przyzwoitą cenę można wjechać kolejką górską (co właśnie czynią wszyscy turyści typu „Mount Everest”). Z moim chłopakiem zdecydowanie wybraliśmy metodę samouka i zdając się na oznakowane szlaki, a także nasz własny GPS ruszyliśmy w drogę!



       Zanim doszliśmy do parku mieliśmy okazję zobaczyć inne dzielnice miasta. Przyznam szczerze, że od kiedy tu przyjechałam, rzuciłam się w wir pracy, także jedyne co mogłam zarejestrować to rejony Gangnam. Z wielką przyjemnością podziwiałam inne bogactwa państwa. (Korea jest naprawdę bogatym krajem, o czym na pewno jeszcze napiszę w kolejnych postach). Droga w góry wydawała mi się dłużyć w nieskończoność, pewnie dlatego że szliśmy po omacku, kierując swoje oczy na widoczny z dala szczyt wieży. Spodziewaliśmy się ogromnej ilości schodów, szlaków górskich i tłumów turystów. Nasze oczekiwania zaskoczyły nas w pozytywny sposób. Wędrówka w góry okazała się jednym z najwspanialszych niespodzianek tego dnia! Aby pokonać całą drogę pieszo należało przejść przez ogromny górzysty park. Czułam się jak w raju! Wędrowałam w górę i zaraz potem w dół, mijałam małe jeziorka, drewniane mosty, place zabaw. Powierzchnia parku wydawała się nie mieć końca. Wąskie ścieżki pełne zapachu gór, świeżego powietrza i lasu, przeplatała się z ogromnymi placami, rabatkami kwiatów i wyznaczonych miejsc dla sportowców. Miałam wrażenie, że znajduję się w środku wielkiego ogrodu zaprojektowanego specjalnie dla mnie.


      
       Kiedy oczarowana weszłam już na szczyt dobiegła mnie głośna koreańska muzyka. Moim oczom ukazał się wielki plac i… Wypadałoby zakończyć, że Namsan Tower olśniło mnie swoją okazałością, magią itp. Otóż nie. Wieża- piękna, wysoka, ale tylko wieża. Zaskoczenie niebywałe! Tymczasem moją uwagę zwrócił tłum ludzi zgromadzony wokół placu. Jak na zamówienie rozpoczął się pokaz koreańskich sztuk walki. Wojownicy ubrani w tradycyjne stroje, wymachujący mieczami we wszystkie strony z tak wielką precyzją. Trzask spadających z łoskotem kawałków pociętego drewna i szelest miecza dotykającego snopków siana wywołał gęsią skórkę na moim ciele.




       Na szczęście mogłam znaleźć tam strefę również dla mojej romantycznej duszy. Podnóże N Tower jest niewątpliwe najlepszym miejscem na randki! Aczkolwiek osobiście wolę oryginalność i prywatność to wiele punktów podbiło moje serce. Pierwszym z nich jest Tunel Miłości, czyli przejście w podziemia wieży do romantycznych restauracji pełnych świec i włoskiej muzyki. Każdy zakątek nosi wspomnienie wielu zakochanych par, w wyznaczonych miejscach można przeczytać wyrazy uczucia, obietnice i co tylko jeszcze dyktowało serce współczesnemu Romeo.



       Tunel miłości był tylko początkiem cukierkowej wycieczki. Czekał nas jeszcze przepiękny taras widokowy z tysiącem Love Padlock, czyli popularnymi kłódkami miłości. Kolory, napisy, wielkości, błyszczące nowością lub zardzewiałe… wszystkie landrynki wisiały uroczo, a barierki uginały się biednie pod ich ciężarem do tego stopnia, że kilka lat temu dostawiono metalowe drzewa przeznaczone specjalnie na kłódki.



Jak widać na zdjęciu „stojaki” wypuszczają obfite owoce.



      
       Jakkolwiek ckliwie może to wyglądać poczułam sentyment do tego miejsca. Tak wiele historii miłosnych, emocji, nadziei. Spacerując po tarasie z uśmiechem oglądałam stare i nowe dzieje. Do mojej głowy nasuwały się pytania: „Czy oni nadal są razem?” ,,A może są już po ślubie?” Jak romantyczna musi być dla nich wizja, że obietnica przez nich złożona i cząstka ich historii miłosnej nadal tkwi tutaj jako dowód i pamiątka. Niewątpliwie tworzy się pomysł, aby Romeo I Julia powrócili na wieżę po wielu latach złączeni węzłem małżeńskim i gromadką dzieci. Pomysł idealny. Jednak nie dla mnie. Chyba nie chciałabym, aby moja miłosna kłódka, ta jedna i jedyna, zawisła na uginających się barierkach lub metalowych drzewkach wśród tysiąca innych.
 Wydawałoby się, że wszystkie takie same, a tym samym każda na swój sposób wyjątkowa…
        Co o tym sądzicie? Jak roztacza się przed Wami ta romantyczna wizja?



       
       Kolejne godziny turystycznej niedzieli oddawałam się romantycznym uniesieniom, zakochiwałam się w naturze, głęboko wdychałam świeże powietrze i cieszyłam się życiem. Tak po prostu.



piątek, 2 września 2016

Moje pierwsze 24h w Korei Południowej




       Stało się! 

Ostatnie dni pełne zamieszania, załatwiania wiz, nerwowego pakowania sterty ubrań i kosmetyków. Nie wiem jak to możliwe, że nieważne jak duży limit bagażu mam wykupiony- nigdy nie jest wystarczająco. Jakkolwiek wszystkie rzeczy z mieszkania w Taipei musiałam zmieścić w 30kg. Spędziłam długi wieczór na pakowaniu spodni i sukienek, składaniu koszulek i ugniataniu bagażu na wszelakie różne sposoby. 
       Udało się! Cały mój zabytek został zamknięty w walizce i trzymając rękę mojego chłopaka ruszyłam ku nowej przygodzie.



       Problem imigranta. 

       Jeszcze na lotnisku w Taipei najadłam się mnóstwa strachu, ponieważ okazało się, że mój przedłużony o jeden dzień pobyt na Tajwanie nagle stał się nielegalny! Musiałam spędzić spooooooro czasu wyjaśniając moją niewiedzę, tłumacząc wszystkie fakty i okoliczności. Czułam paraliżujący strach, a wizja przyszłości nielegalnych imigrantów jawiła mi się złowieszczo przed oczami.
Ostatecznie mój paszport wzbogacił się o wielką czerwoną pieczątkę z ostrzeżeniem, że nie mogę przekroczyć granic Tajwanu przez kolejny rok. Jakkolwiek nazywałam to miejsce moim drugiem domem, tak teraz granice są dla mnie zamknięte. Teraz czas na nowe przygody i wyzwania!


       

Lotnisko.

       Po walecznej przeprawie mój samolot wreszcie wylądował w Korei Południowej. Ogromne, tłoczne lotnisko przywitało mnie w dość miły sposób. Wszystkie wizy i dokumenty złożone przeze mnie zostały uprzejmie przyjęte i zaakceptowane, więc spokojnie mogłam odebrać swój bagaż i ruszyć w nieznane. 




       
        Pierwsze co poczułam po wyjściu z lotniska to uderzające mnie świeże powietrze. Tak wspaniale czuć przyjemny chłód na ramionach, lekki wiatr muskający ciało. Można zapomnieć o uczuciu sauny i kroplach potu po zaledwie kilkuminutowym spacerze. Oczami wyobraźni powędrowałam do chłodnych wieczorów, kiedy delikatny koc lub jeansówka chroni mnie od niższych temperatur. Spokojnie spaceruję brzegiem rzeki, a samo świeże powietrze wprawia mnie w spokojny i romantyczny nastrój. Przyjemne uczucie, gdy kubek gorącej kawy ogrzewa moje dłonie, a ja nie muszę gorączkowo poszukiwać miejsca z klimatyzacją na myśl o 40 stopniach Celsjusza. Koreańczycy ubrani w długie spodnie i wierzchnie nakrycia. ,,Prawie jak w domu"- pomyślałam.  





       Rozczarowanie.

       Gdy tylko otworzyłam drzwi moje wyobrażenie o przytulnym mieszkaniu rozpłynęło się niczym bańka mydlana. Moim oczom ukazały się ciasne pomieszczenia i malutka łazienka. Jak dowiaduję się później większość koreańskich mieszkań jest mikroskopijnych rozmiarów. Z podniesioną głową uznałam ,,Czas na zmiany". Zamierzam spędzić tutaj najbliższe 3 miesiące. Witamy w Seulu!

       Pierwsze wrażenie.

       Ranek przygotował dla mnie rząd małych niespodzianek, które zdecydowanie poprawiły mój humor. 
       Przede wszystkim słońce, które próbowało wedrzeć się przez ciężkie zasłony do mojego okna. Otworzyłam ogromne szklane drzwi i dokładne pod moimi stopami ukazał się mały taras, a na nim drewniany stolik. Oczywiście to miejsce oficjalnie zostało okrzyknięte moim miejscem na śniadania i tworzenie nowych postów. Tak przytulne, skromne, pachnące drewnem... Wszystko skąpane w promieniach słońca. 




       Gangnam style. 

       Przezabawne, że moje malutkie mieszkanie mieści się na tanecznej dzielnicy Gangnam. Ciekawe, jak Koreańczycy odnoszą się do tego sławnego klipu. Op op op haha



       Mieszkańcy Seulu wydają się być naprawdę uprzejmi i tolerancyjni. Podczas moich obserwacji zanotowałam, że ich wspólną cechą jest punktualność i niezłomność. Ogromna populacja skupiona na pracy i biznesie, męskie koszule idealnie wyprasowane i włożone w spodnie od garnituru, kobiety, stukające obcasami bezustannie czytają i notują. Sprawiają wrażenie ciągle pracujących i zabieganych. Dopiero wieczorem wszystko zwalnia, a puby wypełniają się gwarem i śmiechem. Razem z moim chłopakiem i przyjaciółmi poszliśmy śladem obywateli i wieczór spędziliśmy w kawiarence nad brzegiem rzeki, podziwiając zachód słońca. 




      
 Mogę stwierdzić, że w ciągu 24h Seul zrobił na mnie duże wrażenie. Rozległe miasto, dzielone dziesiątkami mostów, pod którymi rozciąga się szeroka rzeka. Miasto pełne wieżowców i zadbanych uliczek. Co najciekawsze nie zauważyłam do tej pory żadnej biedniejszej lub opuszczonej dzielnicy! Wszystko tak czyste, zadbane i schludne. Auta zdają się błyszczeć swoją krasą i originalnością. Maserati, Porsche... 







        
       Największe wrażenie zrobiła na mnie liczba kawiarenek i restauracji. Na każdym kroku, dosłownie drzwi w drzwi można zatrzymać się na kawę, świeży sok, koreańską kuchnię. Mam wrażenie, że Koreańczycy nie marnują czasu na gotowanie w domu. 
       


      
 To jak i również setki innych rzeczy zamierzam sprawdzać przez najbliższe 3 miesiące.
 Bądźcie czujni kochani! Już niedługo relacje o moich nowych odkryciach.