13.12.2017

Strength define us... o filmie, który musisz obejrzeć!



       Lubię płytkie filmy. Małostkowe fabuły, gdzie kobiety biegają w szpilkach po ulicach Nowego Jorku, wylewają kawę na przechodniów, odbierając przy tym telefon i niczym bohaterka uciekająca przed rozpędzonym na nią autem. Lubię filmy przewidywalne, bez kołaczącego serca, szeroko otwartych oczu i wstrzymanych oddechów. Akcje, przy których odprężam się, a kolejne kadry utwierdzają mnie w przekonaniu, że już najwyższy czas na zagłębienie się w przestworzach poduszek i ogromnej, przygniatającej moje ciało kołdry. Z wielką chęcią zasiadam do filmów, które od samego początku dają mi pewność spokojnie przespanej nocy, uśpionych emocji i brak ryzyka otwarcia lawiny myśli, pytań, refleksji i łez. Jakże jednak rzadko zdarzają mi się takie filmy. Tym samym jak bardzo jestem za to wdzięczna J. On zawsze ma cierpliwość do szukania perełek wśród filmów. Tym razem też mnie nie zawiódł. Znalazł! On z kubkiem fervexu na zwalczenie grypy, ja z gorącą kawą na rozbudzenie po pracy. Na osłodę zafundowaliśmy sobie belgijskie czekoladki i rozpoczęliśmy weekend. Wcisnęłam play, a ekran wyświetlił tytuł filmu Stronger. Zaczęło się! 





       Reżyseria: David Gordon Green. Scenariusz: John Pollono. Historia oparta na faktach autentycznych – Boston rok 2013. Maraton, w którym uczestniczyło setki tysięcy ludzi. Dwa ogromne wybuchy. Atak terrorystyczny. Setki ludzkich istnień, które od tego wydarzenia już nigdy nie były takie same. Chwile grozy, gęsia skórka, łzy wzruszenia i niewypowiedziana chęć do walki.

       Jeff Bauman prowadzi życie zwyczajnego mężczyzny. Mimo dojrzewającego wieku nadal mieszka z mamą, imprezuje z kolegami, pracuje i stara się o względy naturalnej piękności Erin. Jego życie całkowicie zmienia się po wybuchu bomb na maratonie bostońskim. Tego dnia Jeff kibicuje swojej dziewczynie, motywuje do biegu, nie pozwala jej się poddać. Tego dnia zostaje on pozbawiony obu dolnych kończyn, a tym samym sensu życia. Reżyser przeprowadza widza poprzez szereg trudnych do udźwignięcia emocji. Nagle zostajemy tajemniczymi podglądaczami nowego życia bohatera. Obserwujemy jego zmagania z najprostszymi czynnościami życiowymi, śledzimy pierwsze kroki bohatera, dostrzegamy jego wymuszony uśmiech i ukryte łzy bezsilności. Bezwstydnie możemy zajrzeć w głąb jego serca, aby zaraz potem usłyszeć jak wiele strachu i rozpaczy w sobie skrywa. Piękna historia o walce o własne życie, o obecności najbliższych w jakże trudnych momentach oraz o sile, która drzemie w każdym z nas.

       Spędziłam dwie godziny przed ekranem komputera. Mrużyłam oczy, gdy nie mogłam znieść kolejnych upadków bohatera, zaciskałam dłonie w pięści, kibicując gorąco i miętosiłam róg koca z nerwów. Czułam się niemoralnie dziwnie, podglądając bohatera w tak intymnych chwilach jego życia. Zdawało się, że towarzyszę każdej łzie, która toczyła się po jego policzku. Moje ciało rwało się do pomocy mu, choćby w pokonaniu kolejnych schodów, wycieczki do łazienki czy ubraniu się. Tym samym złościłam się na niego i biłam dłońmi w poduszkę, gdy po raz kolejny upijał się do nieprzytomności, opuszczał zajęcia rehabilitacyjne lub zamykał się w pokoju, przesypiając cały dzień. Poczułam wielką empatię do Jeffa. Rozumiałam, dlaczego nie chce, aby nazywano go bohaterem. Doskonale wiedziałam, że nie czuł się godny takiego określenia. Przy każdym wschodzie słońca zmagał się z kolejnym dniem, kolejnym wyzwaniem i stawianiu czoła nowej rzeczywistości. Szukał sensu życia.




       Bo jak odnaleźć właściwy kurs, gdy nagle traci się obie nogi. Jak szukać spełnienia, gdy mamy problem z wykonaniem najprostszych czynności życiowych? Jak sprostać zadaniu bycia ojcem, mężczyzną? Jak znów być postrzeganym jako normalny człowiek? Jak uniknąć litościwych spojrzeń ludzi, a tym samym odnaleźć w sobie siłę i wolę do walki?

       Historia tak piękna i niebywała w swojej prostocie. Spodziewałam się hektolitrów łez i użalania się nad sytuacją niepełnosprawności, a dostałam w prezencie ogromną porcję motywacji i wiary w ludzkie możliwości. Rozbudzono we mnie nowego rodzaju energię. Empatię, wewnętrzny smutek, a tym samym radość i dumę. Jeff Buman to nie tylko postać z filmu. To autentyczna osoba, która przeszła przez to wszystko. Po obejrzeniu filmu przekopałam przestworza Internetu w poszukiwaniu bohatera. Przeczytałam masę wywiadów, zobaczyłam jego obecne życie i usłyszałam refleksje związane z jego tragicznym wypadkiem. Jeff Bauman to żywy dowód na to, że można wszystko, że siła definiuje Ciebie i zawsze możesz postawić kolejny krok. Nawet jeśli tracisz grunt pod stopami. 

         A poniżej możecie zobaczyć zwiastun filmu.





09.12.2017

Idealne zaręczyny- czy takie istnieją?



       Lejąca się do ziemi suknia, lśniące pantofelki niczym u Kopciuszka i pachnące kwiaty. Magiczna chwila, w której mówicie sobie TAK, a setka gości świętuje razem z Wami ten wyjątkowy dzień. Brawa, łzy wzruszenia i tańce do białego rana... Zanim jednak dojdzie do tego wszystkiego potrzeba miesięcy, a nawet lat na zebranie odpowiedniego budżetu, rezerwacje restauracji, decyzje o motywie przewodnim, lista gości, auto, suknia, garnitur, obrączki... lista nie ma końca! Ale zaraz! Jako pierwsze przede wszystkim muszą być idealne zaręczyny! Takie z fajerwerkami, pierścionkiem z brylantem i publiką. Takie z łezką w oku i zachwytem w oczach przyjaciółek. Jednym słowem IDEALNE! Czy takie istnieją?




       Przeglądam strony internetowe, inne blogi i w głowie mi się przewraca. W pierwszej chwili wznoszę oczy do nieba i dziękuję, że to nie mi przyszło zajmować się organizacją zaręczyn. Poradniki szepczą, że ma być wyjątkowo niczym z filmu, radzą, że broń Panie Boże nie iść na łatwiznę, straszą oberwaniem kwiatkiem po głowie, a najczarniejsze scenariusze przewidują obrócenie się panny na pięcie i rozstanie. Zaczęłam zatem zastanawiać się jakie są też te Idealne Zaręczyny? Jako że nigdy nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek wyjdę za mąż, nie tworzyłam bajkowych scenariuszy. Stało się! Ot, co! Mój ukochany po upływie naszych czterech słodko burzliwych lat padł przede mną na kolano i oświadczył się. Było idealnie!

Idealnie, czyli jak?


       Po naszemu. Zaręczyny były dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Było to mniej więcej w połowie września w jednym z ważniejszych dla nas dni, kiedy wspólnie podjęliśmy decyzję o zamieszkaniu w Hiszpanii. Wynajęliśmy małe mieszkanko i cały dzień sprzątaliśmy, nosiliśmy pudła, rozpakowywaliśmy się i urządzaliśmy pierwszy raz na swoim. Godziny przelatywały przez palce,a zegar wybił godzinę dziewiątą. Oboje zorientowaliśmy się, że nie przygotowaliśmy żadnej kolacji. Nalegałam, żeby zjeść coś na szybko, ale J. upierał się przy wyjściu do restauracji. Rozczesałam więc włosy, wskoczyłam w zwiewną sukienkę i po kilku minutach byłam już gotowa. Szliśmy, podziwiając alejkę prowadzącą do restauracji przy plaży i planowaliśmy wycieczki na kolejne dni w celu poznania nowej okolicy. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że wybrana przez nas restauracja jest już zamknięta. Sezon letni powoli dobiegał końca, więc nie było się czemu dziwić. Mój chłopak jednak wyraźnie się przejął, jakkolwiek tuż za rogiem znaleźliśmy kolejne przytulne miejsce. Zamówiliśmy lasagne i spaghetti i leniwie gawędząc rozkoszowaliśmy się jedzeniem i świetną atmosferą. Opuściliśmy restaurację w dość szybkim jak na nas tempie. J. koniecznie chciał pospacerować wśród urokliwych uliczek zanim zajdzie słońce, nie zapomniał nawet o statywie na aparat specjalnie na tą okazję. Cały czas kręciłam ze śmiechem głową, zastanawiając się skąd on też bierze całą energię i pomysły po tak aktywnym dniu. Gdy doszliśmy do schodów prowadzących do ogrodu mój romantyk uznał, że jest to miejsce na idealne zdjęcie pamiątkowe. Ustawił statyw, a ja zaczęłam odliczać sekundy do uchwycenia nas przez kamerę. Nagle J. wziął moje dłonie w swoje, wypowiedział najpiękniejsze słowa miłości po czym uklęknął przede mną i oświadczył się. Świat się wtedy zatrzymał. Serce waliło mi jak opętane, czułam morską bryzę na swojej twarzy, a huk fal rozbijających się o skały sprawiał, że kręciło mi się w głowie. Oprócz lśniących gwiazd nie było obok nas nikogo tylko my dwoje- zakochani, decydujący kroczyć razem przez resztę życia.





       Powiedzcie mi kochani, czy w takim momencie ważne są niezdarnie rozwiane włosy, brak makijażu, pryszcz na brodzie czy płaskie cichobiegi? Czy wtedy liczy się lot balonem, pęk róż i brylant na pierścionku? Co może być bardziej idealnego od TEGO pytania w momencie, który zdaje się odpowiedni dla obojga? Gdy oboje czują, że to właśnie Teraz i Tu jest czas na powiedzenie TAK, że od teraz na zawsze, na dobre i na złe razem. Reszta to tylko dekoracyjne dodatki.


A Waszym okiem jak wyglądają idealne zaręczyny? A może któraś z Was ma już swoje wspomnienia związane z tym wyjątkowym momentem? Koniecznie podzielcie się tym ze mną w komentarzach! 

Ściskam mocno!




05.12.2017

Magia czy porażka wielkich miast?



       Wyszłyśmy z salonu sukni ślubnych. To był dzień pełen ciężkiej pracy, kilku pokazów mody i przymiarek kreacji. Moje stopy piekły od niewygodnych szpilek, a kolano ponownie dawało o sobie znać. Obcasy zdecydowanie nie służą mojemu zdrowiu. Na zegarze właśnie wybiła siódma. Zmrok okrył już ulice miasta, a temperatura spadła znacznie poniżej dziesięciu stopni. Urok zimowej Hiszpanii, gdzie w dzień słońce grzeje twarze i termometry dumnie pokazują trzynaście stopni, aby tuż po zmroku ze zdziwieniem otulać się podwójną porcją swetrów i szalików. Rozmawiałam przez chwilę z nowo poznaną dziewczyną. Tego dnia przyszło nam pracować razem po raz pierwszy. Gawędziłyśmy o nadchodzących świętach, planach na jutro i historii, która doprowadziła nas obie do Barcelony Razem z nowo poznaną dziewczyną Wędrowałam Passeig de Gracia obserwując miejski gwar. Barcelona tętniła życiem! Tłumy ludzi,przeciskających się w każdym kierunku, wielkie torby obijające się o nogi i plecy przypadkowych przechodniów. Kobieta potykająca się na zbyt wysokich obcasach, grupa Azjatów (zapewne turystów), którzy niespodziewanie zadecydowali zatrzymać się na środku chodnika, powodując wielki korek i niezadowolenie dookoła. W oddali ktoś krzyknął, następnie kierowca nerwowo zatrąbił, a w ślad za nim ruszyły inne auta. Moich uszu dobiegał piskliwy dzwonek otwieranych i zamykanych drzwi wejściowych sklepów. Tupot stóp, pędzący ludzie i rzucone „perdon”, gdy po raz kolejny zostaję potrącona przez spieszących się przechodniów.



    Wszystko to oświetlały metrowe, a może nawet kilometrowe łańcuchy lampek świątecznych. Na czubkach każdej latarni dumnie zawisły gwiazdy i śnieżynki. Wystawy sklepowe wypełniły się dekoracjami świątecznymi,a co druga mijana przeze mnie choinka była coraz piękniejsza. Okienka mieniły się tysiącem barw, lśniących bombek, skrzących się stroików, świecących gwiazdek i grających Mikołajów. Miałam dziwnie wrażenie, że właściciele sklepów urządzają tajemnicze zawody. Która wystawa jest piękniejsza? Bardziej pokaźna? Która przykuwa największą uwagę?

       Przechodząc Passeig de Gracia nie sposób doliczyć się restauracji, kawiarenek i innych oryginalnych miejsc, gdzie można usiąść, poplotkować ze znajomymi i zjeść pyszne specjały, czy napić się kawy. W zwykły wieczór wszystkie miejsca były pełne! Z barów wylewały się tłumy ludzi. Każdy coś zamawiał, za coś płacił, pytał o wolne miejsca, prosił o menu... Z każdej strony dało się słyszeć gwar i śmiechy. Moje nozdrza zanotowały, że w którejś z restauracji kucharz zapomniał o palącym się kawałku mięsa, a dźwięk stukających o siebie filiżanek przywołał chęć wypicia kolejnej już dzisiaj kawy. Co za atmosfera! Co za gwar i pobudzenie!

       Uważne obserwacje przerwał mi głos Alice: „- Ja skręcam w tą uliczkę, a Ty? W której dzielnicy mieszkasz? – „Ooo nie, ja nie mieszkam w Barcelonie. Moje mieszkanie jest w Roda de Bara, około godzinki drogi stąd.” – odpowiedziałam z tęsknym uśmiechem na twarzy na co otrzymałam odpowiedź: -„Ohh, biedna.” Po czym typowo po hiszpańsku dałyśmy sobie dwa buziaki w policzki na pożegnanie i tyle widziałam nowo poznaną dziewczynę. Podążałam tłoczną ulicą, a w głowie nadal dźwięczał mi głos Alice: „Ohh, biedna.” Biedna ja?    



      Oczami wyobraźni przeniosłam się do mojego miasteczka. Do wysokich, spadzistych klifów, obrośniętych drzewami, aloesem i kaktusami. Usłyszałam szum morza i huk fal rozbijających się o skały. We wspomnieniach odnalazłam wszystkie spacery, pikniki i kąpiele na pobliskich plażach. Niemal czułam morską bryzę i zapach owoców morza dobiegający z pobliskich restauracji. Przypomniałam sobie dotyk gorącego piasku i słony smak na mojej skórze. Z zamyśleń wyrwał mnie klakson samochodu. Prawie wpadłam na przechodnia. Owinęłam się szczelniej płaszczem i pędem ruszyłam na stację. Do Roda de Bara, proszę! Miasteczka, gdzie sąsiedzi znają się i każdego dnia ucinają przyjacielskie pogawędki, do malutkich sklepów gdzie nie dostaję oczopląsu i tysiąca wątpliwości przy wyborze jednego swetra, do wąskich uliczek gdzie słyszę własne kroki odbijające się echem wśród kolorowych budynków. Do mojego mieszkanka gdzie mogę otworzyć szeroko okna, a jedyny odgłos to szum drzew i plusk wody w basenie. Oh biedna ja ! Pomyślałam z uśmiechem na twarzy! Mieszkam w jednym z najbardziej malowniczych zakątków Katalonii. Gdzie czas zatrzymuje się w magicznych chwilach, gdzie podziwiam błękit nieba, a żadne wieżowce nie mogą mi w tym przeszkodzić. Gdy na całym ogromnym świecie czuję się jakby to właśnie było TU. Blisko natury, na gorącym piasku jednych z plaż lub przy gorącej kawie, parzonej przez znaną mi kelnerkę. Gdzie słyszę szczekanie psa sąsiadki lub śmiech dzieci, bawiących się w ogrodzie. Miejsce, gdzie każdy odgłos jest na wagę złota, a zapachy tak idealnie do siebie pasują. Całość, która tworzy idealne miejsce do odpoczynku, zebrania myśli i posłuchania własnego serca. Miejsce, gdzie nie da się nie uśmiechać i odpoczywać. Magia, którą daje nam w prezencie kontakt z naturą, spokój i harmonia. Jak pięknie! Jaką szczęściarą przyszło mi być!






       Po powrocie do domu, zjadam przyrządzoną przez narzeczonego kolację, siadam na kanapie z kubkiem parującej herbaty i uśmiecham się do wspomnień tłocznej Barcelony. Do pięknych dekoracji, tętniących życiem ulic i przepychu, który zmusza do kupowania, posiadania, wyścigu. Uśmiecham się do Barcelony, bo jest zachwycająca! Jednak nie na zawsze, nie na moją spokojną i romantyczną duszę. Pewnie za kilka dni znów wsiądę w pociąg, jadący do Barcelony. Pewnie znów wpadnę w pędzący wir i razem z innymi przechodniami będę tworzyć tłum. Póki co napawam się ciszą, przestrzenią i odpoczywam w miejscu, które zdaje się być idealne dla mnie.     

      A Wy kochani? Gdzie jest Wasze miejsce? Odnajdujecie się w wielkich miastach i pędzącym życiu czy tkwi w Was spokojna dusza? Jestem, bardzo ciekawa gdzie wolicie mieszkać! Koniecznie podzielcie się swoimi odczuciami w komentarzach.


Ściskam mocno ze spokojnego mieszkanka przy plaży!



29.11.2017

Listopad pod lupą



       Przywiał wielkie suche liście, zimne wieczory i puste plaże na wybrzeżu. Hiszpanie próbują ubrać się w cieplejsze warstwy swetrów, rękawiczek i szalików, co jednak wychodzi  im przezabawnie. Moim okiem zwyczajnie nie przywykli do kilkustopniowych temperatur. Hola, bo przecież kto jest w stanie przywyknąć?! Za to właśnie nie lubię listopada! Za pochmurne niebo, zmokłe liście, przeszywające zimno tak, że mam gęsią skórkę i chłodne wieczory w domu. Listopad to miesiąc, gdy po raz pierwszy założyłam zimową kurtkę i rękawiczki, gdy po raz pierwszy włączyłam ogrzewanie w domu i po raz pierwszy chciało mi się płakać podczas jesieni. Gdzie podziały się długie wieczory przesiadywane na plaży? Gdzie Ci wszyscy weseli turyści? Co stało się z moją ulubioną restauracją, gdzie podają najlepsze kalmary i dlaczego zamknęli budkę z goframi? Listopad! Wszystkiemu winny jest listopad. Jakkolwiek kartki z kalendarza przeskakują zwinnie w stronę grudnia i z zachwytem mogę stwierdzić, że nadchodzi coś wielkiego, coś magicznego...

       Chcecie zobaczyć jak przeżyłam swój pierwszy listopad w Hiszpanii? Zapraszam na kolejny post z serii Miesiąc pod lupą! 





Blogowo


       Działo się mnóstwo, ale niestety nie byłam w stanie być online i na bieżąco przez większą część miesiąca. Pochłonęła mnie praca jako modelka, ale o tym za chwilkę. Blog! Moje starania docenił magazyn Avanti  i opublikował efekty sesji zdjęciowej oraz współpracę z marką Chronostar, o której możecie poczytać tutaj -> Wish list to do in life. To dla mnie ogromny prezent i kolejna dawka motywacji. Dziękuję kochani, że tworzycie to miejsce razem ze mną. Zakładając bloga, nie spodziewałam się tak wielkiej porcji radości i satysfakcji. Dziękuję, że jesteście!




       W tym miesiącu na blogu pojawiło się 5 nowych wpisów, z czego najchętniej czytane to: 





     
       A z kolejnych nowości... Właśnie powstał cykl na Paulina G Lifestyle! Seria wypełniona po brzegi przygotowaniami ślubnymi, miłością i relacjami międzyludzkimi. Po więcej szczegółów zapraszam tutaj (klik) lub klikając w etykietę Love po prawej stronie bloga. Mam nadzieję, że Wam się spodoba!





Zawodowo


       Modeling- sprawca mojej nieobecności na blogu, przeraźliwie wczesnych pobudek o czwartej rano i dni pełnych zabiegania. Lookbook, castingi i praca dla katalogu online pochłonęła mnie doszczętnie. Kocham  to, co robię i cieszę się, że po dłuższej przerwie w modelingu mogłam wrócić i tak intensywnie zacząć pracę. Poznałam niesamowitych ludzi, wykonałam świetne projekty, których efekty możecie zobaczyć poniżej, a być może już niedługo będę mogła lecieć do Porto! Jakkolwiek zatęskniłam za łóżkiem, kawą pitą bez pośpiechu i za Wami. Biorę więc każdą wolną chwilę, delektuję się nią i czerpię energię na kolejne projekty. Trzymajcie kciuki!  



      


Sielankowo


       Początek listopada głównie spędziłam w domu, liżąc swoje rany po starciu z czołgiem, a raczej moim wypadku na rolkach i wyskakującym niespodziewanie aucie. Dwa tygodnie przytulałam się do koca, nosiłam za duże na mnie ubrania mojego narzeczonego i syczałam z bólu. Dziękuję za Wasze wsparcie i wiadomości w poprzednim miesiącu. Dzięki Bogu obyło się bez poważniejszych obrażeń,  a ja mam się już całkiem dobrze. Jakkolwiek sielankowo w listopadzie pominęłam wiele spotkań czy wyjść do restauracji. Wolne chwile umilaliśmy sobie z J. w domu przyrządzając kraby i małże, popijając hiszpańskie wino  i oglądając serial. Zakończyłam właśnie sezon szósty i jak na razie ostatni „Homeland”. Ktokolwiek widział? Jeśli nie, to polecam! Cieplejsze dni wyruszaliśmy na romantyczne spacery w naszej okolicy, podziwialiśmy zachód słońca i popijaliśmy kawę. Małe, pozornie nic nieznaczące rzeczy, a każdego dnia przynoszą mi tak wiele radości i energii!






Zakupy


       Siedzenie w domu i letnie ubrania w szafie doprowadziły mnie do zakupoholizmu. Za każdym razem, gdy pojawiałam się w centrum handlowym przynosiłam do domu torebkę, bluzkę, czy nowy peeling z balsamem do ciała. Dające się we znaki zimno w Hiszpanii zmusiło mnie do kupienia spodni, tym razem bez żadnych dziur! Zwykle, nudne i normalne spodnie. Za to, oh, jakie ciepłe! Doceniłam je podczas wycieczek do Barcelony o czwartej nad ranem. W mojej kolekcji pojawiły się również nowe botki, do których zdecydowanie mam słabość. W tym miesiącu zaczęłam powoli rozglądać się za dekoracją świąteczną do mieszkania, a bilety do Polski już czekają niecierpliwie na grudzień. Zakupione z wielkim wyprzedzeniem!






      Co nie byłam w stanie kupić samodzielnie zamówiłam online! Z pomocą przyszedł mi sklep internetowy online natinati, gdzie znalazłam same dobroci dla siebie w świetnych cenach. Chcecie sprawdzić? Łapcie tutaj link do sklepu, a na kod: FANPAULI17 dostaniecie 10% rabatu. Udanych zakupów! 


 4 najlepsze zdjęcia listopada


       Poniżej Wasze ulubione zdjęcia z instagrama G_Pauli





       Jak minął Wasz listopad? Pełen gorącej herbaty i książek, czy może równie aktywny i zabiegany? Do usłyszenia w komentarzach!



Zawinięta w koc,

Wasza Paulina G Lifestyle


25.11.2017

Follow your heart- nowy cykl na blogu!



       
       Miało być o wakacjach. O krystalicznie czystej wodzie, gorącym piasku i słońcu, które czyni cuda. Miało być turystycznie i z lekkim wspomnieniem minionego lata. Miał być powrót do sielanki, odrobina ciepła i sposób na przetrwanie jesieni. Miało być to wszystko, ale nie będzie. Zostałam rozproszona! Moją uwagę odwróciły lejące się suknie z ciągnącym się tiulem, te niczym księżniczki i te eleganckie z rozcięciem na udzie. Zostałam rozproszona przez wesele, ślub i planowanie! Nie żebym już teraz zaraz organizowała swoje wesele, chociaż zaręczyny już za mną, więc pojawiły się również pierwsze myśli o weselu. W minioną sobotę  miarkę przelała moja wizyta na targach ślubnych. Mój zawodowy los tak chciał, że po raz kolejny  znalazłam się wśród długonogich dziewczyn i przystojnych facetów, prezentujących na wybiegu najnowsze kolekcje. Tym razem przypadło mi w udziale zasiąść na honorowym miejscu i zwyczajne oglądać pokaz. Miło było dla odmiany wygodnie usiąść i podziwiać piękne kreacje z dala od nerwowych przygotowań i ciężkiej pracy przez cały dzień. Pokaz przebiegł fenomenalnie! Czysta biel, niewinność połączona z seksapilem i elegancją. Oh! Rozmarzyłam się! Wtedy to właśnie pomiędzy jedną suknią, kwiatkiem, a garniturem zdałam sobie sprawę, że ja też już niedługo zostanę żoną. O zgrozo w młodzieńczych latach należałam do grupy, która powtarzała uparcie „Nigdy nie wyjdę za mąż!” Życie jednak potrafi zaskoczyć i ostatecznie tak- wychodzę za mąż!




       Na pokaz przybyliśmy z J. dużo wcześniej. Tego dnia wraz z prezentacją kolekcji odbywały się targi ślubne. Mnóstwo stoisk poustawianych w rzędach, niczym kręte uliczki. Zagadujący i uśmiechający się ludzie, świeżo upieczeni nowożeńcy, zapach świeżych kwiatów, przepięknie udekorowane stoły, pokaźne limuzyny lub oldschool’owe auta. Setki inspiracji i pomocna dłoń w organizacji kusiła do zabrania się za planowanie wesela jak najszybciej! Z rozmarzeniem oglądałam błyszczące suknie ślubne, podpatrywałam urocze lokale na urządzenie przyjęcia i inspirowałam się zabawnymi fotobudkami, kącikiem tropikalnym i różnego rodzaju przekąskami. Moje oczy czujnie podążały za każdym kolorem, węch prowadził do najpiękniejszych butików ze świeżych kwiatów, a ciało, niczym zwariowane niosło mnie w coraz to głębsze uliczki i inspiracje ślubne. Ucięłam sobie pogawędkę z konsultantką marki sukien ślubnych Rosa Clara oraz Beautiful Bride, rozmawiałyśmy o najpiękniejszych fasonach, o najczęstszych wyborach przyszłych Panien Młodych i ich wymarzonym ślubie. Przepadłam! Z błyskiem w oczach obserwowałam otaczające mnie stoiska, wodziłam wzrokiem za parami i starałam się wyobrazić ich ślub i historię miłosną. Nie byłabym sobą, gdyby w mojej głowie nie pojawiły się pytania: Skąd  wiedzą, że są sobie pisani? Jak się  poznali? Co ich w sobie urzekło? Jaką mają swoją najpiękniejszą wizję ślubu? Czy chcą ślub kościelny, czy nie ma to dla nich znaczenia? Bombardowało mnie tysiące myśli! 

       Właśnie wtedy wpadłam na szalony pomysł. Rozpocznę nowy cykl na moim blogu! Cykl pełen miłości, inspiracji ślubnych i relacji międzyludzkich. Cykl, który zainspiruje mnóstwo par narzeczeńskich do stworzenia ślubu z ich marzeń według własnej wizji. Cykl, który daleki będzie do wydawania majątku i zaciągania długów. Cykl, który przełamie tradycje i stereotypy weselne oraz uświadomi prawdziwą esencję ślubu. Miejsce, w którym poruszę tematykę związków oraz miłości, bo to właśnie o to w tym wszystkim chodzi, prawda? O miłość!




        Wszystko to oczywiście moim spostrzegawczym okiem, skromnym zdaniem i ślubną niewiedzą. Stawiam przecież dopiero swoje pierwsze kroki jako narzeczona i przyszła żona.

       Wchodzicie w to razem ze mną? Dajcie znać w komentarzach. Czekam na Waszą opinię i pomysły o czym chcielibyście poplotkować. W poszukiwaniu nowych postów z tej serii zapraszam na Fanpage Paulina G Lifestyle lub do etykiety Love, znajdującej się po prawej stronie bloga.



  Całuję, popijając idealną, sobotnią kawę!



16.11.2017

Pokaz mody czas zacząć ! Co dzieje się kilka sekund przed? Za kulisami...



       Ostatnie dni wypełnione castingami ponownie przywiodły mi na myśl uchylenie Wam rąbka tajemnicy ze świata mody. Jakiś czas temu opowiadałam Wam o tym, jak wygląda casting w Azji i Europie oraz zabrałam Was na jeden dzień z sesji zdjęciowej. Wszystkie wpisy możecie zobaczyć tutaj w kategorii modeling. Dzisiaj czas na pokaz mody! Jesteście ciekawi co też dzieje się za kulisami kilka sekund przed rozpoczęciem wielkiego wydarzenia? Chodźcie ze mną!


Przygotowania


       Zanim goście rozsiądą się wygodnie, a lśniące kreacje wyleją się przed światła kamer, trwają bardzo długie i wyczerpujące przygotowania. Już kilka dni przed, (a czasem nawet tygodni) wykonywane są wstępne przymiarki. Modelki wstawiają się w domu projektanta, a sztab profesjonalistów wybiera dla nich idealnie pasujące kreacje. Zazwyczaj na jedną modelką przypadają dwa lub trzy zestawy tzw. outfits. Biada tym, które mają więcej! Bowiem czeka je pokaz mody niczym maratoński tasiemiec. Publiczność nudzi zbyt długie przedstawienie, a dziewczyny muszą przebierać się z prędkością światła. Jak temu zaradzić? Jak najlepiej zorganizować całe wydarzenie, począwszy od zbiórki poprzez kalkulację czasu na makijaż, fryzury, próby generalne...? Uh! Ciężki orzech do zgryzienia.




Zbiórka!

       Zazwyczaj zrywają modelki skoro świt. To bez znaczenia, że pokaz rozpoczyna się o dwudziestej. Dziewczyny mają być na backstage’u zwarte i gotowe już o siódmej lub ósmej rano! Chwała organizatorom, którzy robią osobisty plan dla danej modelki i oszczędzają im zbędnego czekania. Jednak takie rzeczy nie zdarzają się często. Ba! Praktycznie nigdy. Siódma rano! Zbiórka!

-,,Dzień dobry! Zjedz śniadanie, zaopatrz się w ogromną dawkę kawy, jedzenia i książek.”- taka wiadomość powinna chlubić każde drzwi wejściowe na backstage. Poranek rozpoczyna się dość leniwie. Zaspane oczy i twarzyczki bez makijażu, każdy uczestnik trzyma w dłoni kubek z kawą i część śniadania. Wizażyści powoli wyjmują z walizek podkłady i cienie do powiek, ustawiają w szereg szminki do ust i otrzepują zaległy puder z pędzelków do makijażu. Fryzjerzy starają się uporać z irytująco plączącymi się kablami od lokówek, suszarek i prostownic, a co jakiś czas da się słyszeć dźwięk spadających lakierów do włosów. Absolutnie nikt się nie spieszy. Każdy gra na zwłokę. Czas na kawę, papierosa, śniadanie, internet, czy dla niektórych świetna okazja do poprawy makijażu.


Ucieczka!

       Gdy nie ma już co udawać, wszyscy biorą się do pracy. Wszyscy…? Tutaj zaczyna się gra między modelkami, a wizażystkami. – ,, Zacznijmy makijaż!”- krzyczy kobieta, wymachując pędzlem. Na co modelka z maślanymi oczyma odpowiada, że za chwileczkę, że przecież kawa, papieros, zaraz tylko odpisze, zjem, czy załatwię co trzeba w toalecie. Przyznaję się bez bicia: Należę do grupy uciekających modelek. Nie znoszę ciężkiego makijażu, a sama myśl trzymania go na mojej twarzy aż do wieczora przyprawia mnie o mdłości, więc uciekam. Zaprzyjaźniam się z fryzjerami, którzy głaszczą mnie po głowie i grzeją suszarką. „Czasem” niszczą moje włosy, palą, strzępią, tapirują, ale z dwojga złego lepsze to niż ociekająca twarz fluidem i zatkane przez puder pory. Ugh!

       Kolejne godziny umykają podczas robienia makijażu i fryzur dla przeważnie dziesięciu dziewczyn. Kulisy wypełniają się dźwiękiem suszarek oraz radosnym gwarem. „Następna! Dziewczyny, która z Was nie ma jeszcze zrobionych paznokci? A włosy?” Godzina za godziną, coraz bliżej do pokazu...


Próba generalna!

       Myślicie, że każda modelka widzi wybieg i od razu wie jak ma iść? Którędy? W jakim tempie? Gdzie się zatrzymać? Na jak długo? Wszystko to jest idealnie dopracowane na próbach. Rozpoczynają się one rano, pomiędzy makijażem jednego, a drugiego oka i trwają… przeraźliwie długo. Oczywiście wszystko zależy od skupienia modelek i profesji scenografa, a tutaj nie będę oszukiwać... Bardzo często dziewczyny nie słuchają, nie rozumieją języka angielskiego lub trema przed pokazem zjada je do tego stopnia, że nie są w stanie pojąc prostych komunikatów, więc ćwiczymy! Raz! Dwa! Trzy! Do perfekcji! Do momentu, aż dziewczyny znają każdy szczegół, a scenograf nie zmienia już po raz setny swojej artystycznej wizji (zapewniam że Azjaci są mistrzami w wymyślaniu scenografii, piętnaście obrotów, cztery sekundy  pozowania w jednym rogu, dziesięć sekund na środku, parami, trójkami i solo...). O kochane! Ileż dziwnych pokazów zrobiłam w swoim życiu. Te z plastikowym soplem lodu na głowie, który podczas wielkiego wejścia włączałam światełka na czubku. Te z piętrowym wybiegiem gdzie dwumetrowe dziewczyny w szpilkach  i lejących się sukniach wspinały się po schodach. Te z koturnami ponad 20 cm, gdzie przez całą próbę dziewczyny upadały jak pionki do gry... ah cuda me oczy widziały i biedne nogi przeżyły! 


       Na magiczne słowa koniec próby wielką salę wypełnia echo głośnych westchnień i pobudzonych rozmów. Muzyka cichnie, scenograf nie wykrzykuje już przez mikrofon w prawo, w lewo, idziesz, wolniej... wszyscy mają czas na obiad, krótką przerwę i ciąg dalszy przygotowań. 







Ostatnie godziny przed pokazem



       Późnym popołudniem kulisy cichną. Każdy robi się zmęczony, a raczej znużony wyczekiwaniem i przygotowaniami. To idealny czas na pogawędki, zawarcie bliższych znajomości  czy tak jak dla mnie-  stworzenie nowych postów. Nadrabianie zaległości podczas czekania na rozpoczęcie się pokazu to moja ulubiona część pracy. Niektórzy chowają się pod stołami i ucinają sobie drzemkę. Dobrą godzinę przed pokazem  wjeżdżają wieszaki pełne ubrań, buty, torebki i inne akcesoria. Miejsce w jedną sekundę przeobraża się w coś magicznego! Atmosfera wyczekiwania i napięcia rośnie. Styliści dyskutują wraz z projektantem, wizażyści nanoszą kolejne poprawki, a modelki w duchu powtarzają układ. Kulisy ożywają! Wieczorne podekscytowanie udziela się wszystkim!


       Każdej modelce przeznaczona jest przynajmniej jedna osoba pomagająca w przebraniu się i założeniu kolejnej kreacji w trakcie pokazu. To właśnie ta osoba odpowiedzialna jest za wystające metki, niedopięte guziki czy idealne wyprasowanie ubrań. Zadanie ułatwiają im wydrukowane zdjęcia danych zestawów ubrań z doczepionym imieniem modelki. Godzina przed rozpoczęciem się pokazu to czas na sprawdzenie, czy wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Modelki wkładają na siebie piękne kreacje, styliści czuwają nad każdym zagięciem i plamką. Wizażyści i fryzjerzy poprawiają zrobione rano dzieła, organizatorzy ćwiczą przemówienie, pierwsi goście wchodzą!




Pokaz mody czas zacząć!


       Z pewnością widzieliście rozpoczęcie się pokazu. Jest ich pełno w telewizji, internecie itd.Światła przygaszone, nastrojowa muzyka w tle, goście ubrani w najpiękniejsze wieczorowe kreacje plotkują przyjaźnie,popijając szampana. Zajmują swoje miejsce i wyczekują na pokaz kolekcji. Tymczasem za kulisami ostatnie minuty przygotowań! Buty nie do pary, ramiączko od stanika, kolczyk zgubiony, gorset opada, majtki prześwitują... Wielkie nieba! Dziewczyny w locie zakładają buta, skacząc na jednej nodze, dopinają guzik, ktoś z lewej strony szarpie rękaw, jeszcze ktoś maluje usta szminką, z prawej strony scenograf krzyczy Stand by ! Paulina stand by! Więc biorę głęboki oddech, wypinam pierś do przodu i idę! Wychodzę na wybieg, ostre światło oślepia mnie do tego stopnia, że czuję się zupełnie sama w wielkiej sali. Gdzieś z tyłu głowy myślę o niedopiętym guziku, czuję jak spódnica delikatnie opada mi w dół, a gustowny szal, który zarzucili mi kilka sekund przed wyjściem zsuwa się z ramion. Wysokie szpilki chwieją się niebezpiecznie, kosmyki włosów wchodzą na twarz, a ja staram się ignorować to wszystko. W myślach nucę sobie piosenkę Ed Sheeran’a „Thinking out loud - When your legs don’t work how used to before”, staram się nie wybuchnąć śmiechem, a przede wszystkim nie wyłożyć się na śliskiej posadzce. Wypinam pierś do przodu, skupiam wzrok w jednym punkcie, stopa do przodu i idę! Mijam na wybiegu koleżanki z pracy, każda z nas sunie energicznym krokiem, muzyka dudni w sali, a kreacje błyszczą w świetle reflektorów, zdobywając sławę, rozgłos i uwielbienie.




       Uczucia towarzyszące mi na pokazach są nie do opisania. Te kilka minut, gdy zdaje się wszystko lśni razem ze mną, gdy mam przed sobą wielką misję zademonstrowania najlepszych kreacji projektantów, zachwyt i tysiące braw. Flesze aparatów błyskają z każdej strony, goście nagrywają, publikują, opowiadają, komentują... a ja po kilku minutach schodzę z wybiegu zrzucam z siebie te niewygodnie drogie ubrania i myślę: O co tyle krzyku? 



       Wielkie wydarzenie kończy się brawami, podziękowaniami, a ja zmęczona po długim dniu wracam do domu. Do mojej naturalnej normalności. Zmywam makijaż, wkładam ulubione podarte jeansy i oglądam w sieci pokaz, który niespełna godzinę temu współtworzyłam. Śmieję się z momentów, które nie były planowane na próbach, popijam gorącą herbatę i sprawdzam plan na kolejny dzień. Witaj modelingowe życie!


10.11.2017

Nowości kosmetyczne



       Mój półroczny pobyt w Korei Południowej oprócz dawki niezapomnianych wspomnień oraz dreszczyku emocji podczas poznawania Seulu, przyniósł mi także zauroczenie w kosmetykach. Zauroczenie tak wielkie, że obecnie nie sposób mi ominąć sklepu z magicznymi pojemniczkami, buteleczkami i zapachami. Nie kupuję kosmetyków bez uprzedniego przeanalizowania składu i bezustannie sprawdzam nowości na rynku. Mieszkając w Seulu w wolnym czasie odwiedzałam koreańskie sklepy, testowałam tajemnicze cuda i pogłębiałam swoją kosmetyczną wiedzę. Zakochałam się w kosmetykach!

       Obecnie zamówienia z Korei utrudniają moje zbyt minimalistyczne i leniwe życie, stąd też postanowiłam znaleźć coś równie naturalnego i unikatowego w Polsce. Polskie marki kwitną i powstaje coraz więcej nowych, wartych uwagi produktów. Moją uwagę zwróciła na siebie strona internetowa natinati.pl, która oferuje nam naturalne kosmetyki w przystępnych cenach. Jesteście ciekawi co wpadło do mojego koszyka? Zapraszam na nowości kosmetyczne oraz na czekającą na Was niespodziankę!






    

       Wyjątkowo uporczywie szukałam płynu micelarnego, który idealnie oczyści makijaż bez podrażniania mojej wrażliwej cery. Wiele preparatów powodowało zaczerwienie, pieczenie i poczucie ściągniętej skóry. Na ratunek przyszła mi rumiankowa esencja z idealnym składem i działaniem dla mnie! Płyn świetnie radzi sobie z usunięciem podkładu, bronzera i wszystkich kolorków, jakie zostają nakładane na moją twarz podczas sesji zdjęciowych. Pozostawia cerę w świetnej kondycji, a zawarty w nim hydrolat rumiankowy łagodzi podrażnienia i koi moją zmęczoną buzię po całym dniu w makijażu. Esencja działa również antybakteryjnie, co ratuje mnie z opresji podczas niespodziewanych wizyt nieproszonych gości w postaci wyprysków. Płyn znajduje się w ciemnej buteleczce z piękną szatą graficzną przywołującą na myśl świeżość i naturalność kosmetyku. Chroni ona również właściwości eliksiru przed działaniem światła.

       W płynie micelarnym z Polnego Warkocza najbardziej urzekła mnie bezbarwna i bezzapachowa konsystencja. Bowiem jestem dziwakiem i nie lubię róż, kwiatów i silnych zapachów w kosmetykach do twarzy. Delikatność, naturalne składniki oraz troska o zwierzęta sprawia, że ten produkt zdaje się być dla mnie!     







       Zanim zajął honorowe miejsce na mojej toaletce miał trudne zadanie do wykonania. Przyszło mu zmierzyć się z moim wcześniejszym produktem z uwielbianego przeze mnie koreańskiego rynku. Jaki był ostateczny wynik?

       Zakochałam się w bogatym składzie kremu. Sok z liści z aloesu, olej z nasion słonecznika, masło shea, olej arganowy, ekstrakt z marakui ze źródłem witamin z grupy A,B i C, ekstrakt z zielonej herbaty, kwas hialuronowy oraz proteiny jedwabiu to recepta na idealny krem pod oczy. Produkt działa regenerująco, nawilżająco, odżywczo i przeciwzmarszczkowo. Krem ma delikatny zapach, który zapewnia przyjemną rutynę podczas jego nakładania. Małym minusem jest ciężka konsystencja kremu i filtr przeciwsłoneczny, który delikatnie bieli skórę. Brakuje mi w nim nieco tłustszego poślizgu, ułatwiającego wklepywanie. Mimo to produkt dość szybko się wchłania i świetnie nawilża. Moje oczy wydają się być zadowolone z nowego nabytku. Nie są podrażnione i nie łzawią. Rano nie budzę się z obrzękiem i sińcami, a w ciągu dnia krem troszczy się o nawilżenie i kontrolę zmarszczek. O zgrozo dopada mnie dziwny wiek i zaczynam doszukiwać się pierwszych narysowanych siateczek.





      Brawo za opakowanie! Biel połączona z pudrowym różem, a na zakrętce pleciony sznureczek, który dodaje uroku. Z lubością stawiam krem na widoku! Bo piękny, dobry i wart polecenia!    

   


       Używam balsamów do ciała codziennie! Dzień bez balsamu to dzień stracony! Jakkolwiek cynicznie to brzmi. Swoje dwumetrowe nogi muszę nawilżać po każdej kąpieli, inaczej skóra sypie się, a ja mogę rysować na niej szlaczki, słoneczka i czego tylko dusza zapragnie, ale jak to wygląda! Konieczny jest balsam, najlepiej taki odżywczy, pełen witamin, który zregeneruje naskórek i idealnie nawilży, dając ukojenie. Witaminowe masło, bogate w 99,2% składników pochodzenia naturalnego, nie zawiera SLS, SLES, silikonów i parabenów. Wzbogacony w masło shea, które zawiera kwasy tłuszczowe i witaminy E, F, A i D sprzyjają odżywieniu i odmłodzeniu skóry.

       Wieczorny rytuał nakładaniu kosmetyków stał się moim ulubionym. Świeczki, zapalona lampka w sypialni i przygotowywanie mojej skóry do relaksu. Zapach mango i trawy cytrynowej pieści nozdrza, przenosi w zakamarki najpiękniejszych wspomnień, sprawia, że wciągam aromat głęboko do serca i upajam się nim do całkowitego wchłonięcia balsamu. Taka ze mnie romantyczna maniaczka kosmetyczna. 




      
Na koniec, a właściwie na początek Waszych zakupów mam dla Was niespodziankę!

       Jeśli któryś z produktów zainteresował Cię i chciałabyś mieć go już teraz, wydaje Ci się być idealnym prezentem dla bliskiej Ci osoby lub chcesz sprawdzić ofertę razem z natinati.pl przygotowałam dla Ciebie kod rabatowy! Wpisując przy zamówieniu FANPAULI17 dostaniesz 10% zniżki na zamówienie. 



Udanych zakupów!