piątek, 23 czerwca 2017

Jak zwolnić w centrum wielkiego miasta?




       Pakuję wielki koc do plecaka, pod pachę biorę butelkę wody, a do papierowej torby wkładam sałatkę, trochę owoców i ciastka. Mój ukochany dorzuca od siebie chipsy, danie mięsne na wynos i butelkę wina. W ślimaczym tempie przechodzimy przez paryskie uliczki, zachwycając się po raz kolejny architekturą i różnorodnością miasta. Na pierwszym skrzyżowaniu mijamy kwiaciarnię, która swoim naturalnym pięknem rozrosła się aż na chodnik uliczny. Nieznane mi gatunki zielonych latorośli pną się do mych stóp, a mieszany zapach kwiatów pieści nozdrza. Z pobliskiego baru dobiega mnie gwar i stukot filiżanki, odstawianej na talerzyk. W powietrzu wisi dziwnie leniwa atmosfera. Pod wpływem ponad 30-stopniowych upałów ciała rozlewają się na ławkach w cieniu, chowają się w klimatyzowanych restauracjach lub popijają zimne piwo, obserwując ruch uliczny z pubu tuż przy skrzyżowaniu. Trzymając dłoń mojego chłopaka, uśmiecham się na samą myśl o tym, co już za chwilę zobaczę. W lewo na kolejnych światłach, zielone daje znak, że mogę przejść przez ulicę i jestem! Przede mną roztacza się brama wejściowa i park Buttes Chaumont.






Daleki od ideału


       Brakuje w tym miejscu równo przyciętych żywopłotów, idealnie zaprojektowanego terenu i rozporządzenia dla drzew, gdzie i jak powinny rosnąć. Nie da się znaleźć tutaj atrakcji rodem Ogrodów Luksemburskich, kortów tenisowych czy przejażdżek konno. Sama trawa nie jest idealnie przystrzyżona, teren dziwnie górzysty, a dziewicze latorośle tworzą nieposkromiony krajobraz. Buttes Chaumont powstał w 1867 r. po uprzednim usunięciu śmietniska, które znajdowało się na obecnych terenach parku. Nie szczyci się on największą popularnością wśród turystów, a jego lokalizacja nie należy do bogatej paryskiej areny. Właśnie dlatego kocham ten park! Właśnie za to, że jest tak daleki od ideału!






Piknik


       Park Buttes Chaumont pełen jest krętych, górzystych alejek oraz zielonych polan, które są idealnym miejscem na piknik. Z plecakiem i papierową torbą pełną jedzenia wybieramy z moim chłopakiem kawałek zieleni dla nas i rozpoczynamy prawdziwą ucztę dla duszy. Czas nagle zwalnia, słyszę szum drzew i śpiew ptaków. Zrzucam buty ze stóp, a razem z nimi ciężar miejskiego tłoku i pośpiechu. Moje nogi dotykają wilgotnej, zielonej trawy, biorę głęboki wdech i dopiero teraz czuję, że żyję! Irytujące hałasy samochodów, krzyki ludzi i klaksony cichną do tego stopnia, że jestem w stanie usłyszeć o czym szumią drzewa. Z uśmiechem podsłuchuję rozmowy ptaków i obserwuję kołyszące się na wietrze rośliny. Pozwalam memu ciału opaść na cienki koc, rozkładam ręce tuż nad głową i zwyczajnie odpływam. Czuję się tak swobodnie, nieskrępowana żadnym ruchem lub obecnością ludzi obok mnie. Zapominam o tłocznym i gorącym niczym sauna metrze, nie pamiętam o gorącym powietrzu bijącym z roztapiającego się asfaltu. Tylko rześki wiatr, moje ciało w kontakcie z naturą i błękit nieba. Czy to nie jest raj?    




       Z głębokiej kontemplacji wyrywa mnie głos J., który podając mi lampkę zimnego wina, rzuca najprzystojniejszym uśmiechem, jaki przyszło mi widzieć na tym świecie i po raz kolejny tego dnia powtarzam w myślach: Jestem szczęściarą! Piknik trwa w najlepsze. Zajadamy się sałatkami, chrupiemy chipsy i popijamy winem. Zaraz po kolacji czas na deser i słodycz w ustach po zjedzeniu chrupiących croissantów z czekoladą. Obok nas spacerują emeryci, grupy nastolatków, czy zakochane pary z pupilami. Tuż przy wąskiej rzeczce i niewielkim wodospadzie chlapią się w wodzie dzieciaki, mające na sobie zabawne kąpielówki w kaczki. Uciekają przed swoimi rodzicami z głośnym piskiem, ochlapując ich wodą. Małe bose stópki biegają po trawie, urządzają wyścigi, robią gwiazdy i turlają się po trawiastych górkach w dół, prosto w ramiona taty. Od tak błogich obrazków ciężko jest mi oderwać wzrok. Obserwuję szczęście wypisane na twarzy ludzi obok mnie, naśladuję dziecięcą beztroskę i gram z moim ukochanym w przeróżne gry i zabawy. Uczę się wolności i szczęścia, które tryska od małych dzieci. Chociaż na chwilę zapominam o pracy i obowiązkach. Puszczam w niepamięć niezałatwione sprawy, problemy i troski. Teraz nie pamiętam o nadchodzącym ważnym projekcie, o goniących terminach, presji wokół i przerażeniu, że nie wiem co dalej. Teraz jestem Tu i to jest najpiękniejszy moment. 

       
       Ty też postaraj się go złapać! Wyjdź z domu czy z biura, weź koszyk i idź na piknik do pobliskiego parku. Wsłuchaj się w naturę, zapomnij o wieżowcach, które dają Ci uczucie klaustrofobii, pracy i ludziach biznesu. Podaruj sobie ten piękny moment, krótką chwilę, dzięki której zregenerujesz siły, naładujesz baterie i zwyczajnie odnajdziesz szczęście.


Udanego weekendu moi kochani!


poniedziałek, 19 czerwca 2017

#8 popularnych mitów o modelkach – łamanie stereotypów



- Jestem modelką- pada odpowiedź, a w głowie rozmówcy pojawia się obszerny spis skandali i mitów, które obiegły do tej pory cały świat. Piękne i puste dziewczyny, nie jedzą, cierpią na anoreksję i bulimię, nic nie robią, zarabiają miliony, typowa kariera przez łóżko... Lista nie ma końca. Dzisiaj sporządziłam spis stereotypów, z którymi miałam styczność w mojej pracy. Większość z nich jest tak popularna, że stała się zwyczajnym odbiciem lustrzanym słowa „modelka”, automatycznie kojarzonym z tym, co najgorsze lub przez lata wkładane do naszej świadomości. 






1.     Modelki nie jedzą


       Oho! Każdy kto mnie zna wie, że głodna Paulina= zła Paulina. Kocham jeść! Kawa i coś słodkiego, chleb zapiekany z serem, spaghetti, pizza, smażone schabowe. Raz na jakiś czas zaglądam do McDonald’a lub prezentuje sobie inny fast food. Mieszkanie, w którym mieszkam z modelkami pełne jest normalnego jedzenia, począwszy od makaronu poprzez pieczywo, kończąc na słodyczach. Wiem, wiem, że do modelki zawsze przyklejony będzie listek sałaty na talerzu. Spokojnie! Jadamy również warzywa, owoce, wszystko co zielone i zdrowe przede wszystkim. Osobiście lubuję się w marchewkach. Bądź co bądź zapewniam Was, że obecnie modelki nie umierają z głodu. Jemy, bo kochamy jeść i mamy świadomość, że „jesteś tym, co jesz”, a więc chcąc nie chcąc, odzwierciedla się to na zdjęciu i w rezultatach naszej pracy.


2.     Modelki są bogate


       To jeden z moich ulubionych mitów! Podczas, gdy znajomi myślą, że mam miliony na koncie i wydaję je na nowe ubrania i wakacje, ja robię najtańsze zakupy w supermarkecie i planuję tygodniowe oszczędności. Jednak muszę przyznać rację: Jestem bogata! Bogata w doświadczenie, bogata w wiedzę o wielu krajach, w których dane było mi mieszkać. Bogata w znajomość języków i niewyobrażalne piękno świata!





3.     Modelki są głupie


       Faktycznie są takie, które nie odróżniają Polski od Rosji lub otwierają buzię na wiadomość, że w Hiszpanii zazwyczaj nie ma śniegu. No cóż... nie każdy jest mocny z geografii. Znam również dziewczyny, które rzuciły szkołę w wieku piętnastu lat i ruszyły w świat, co nie oznacza, że brak im szarych komórek. Bardzo często życie lub sytuacja rodzinna zmusza je do opuszczenia domu. To są przerażająco smutne przypadki, ale istnieją. Nawet w świecie modelingu.

       Miałam również szczęście spotkać wiele inteligentnych dziewczyn, które mają swoje zdanie i poglądy, którym nie obce są książki i nauka, a nasze przegadane noce to te o podróżach, kulturze krajów i religiach. Te modelki, które zaraz po castingach biegną na wykład z historii lub na sesji zdjęciowej zakuwają do egzaminów. Mądre modelki naprawdę istnieją!


4.     Kariera przez łóżko  


       Przyznać się! Każdy zna ten mit i aż strach przyznać, ale większość ludzi w to wierzy. Nie zamierzam kłamać, bo faktycznie zdarzają się przypadki bliższych relacji producentów z modelką, ale nie wkładajmy wszystkich do jednego worka. Są to pojedyncze wyjątki, o których niestety najczęściej jest najgłośniej w mediach itd. Znam dziewczyny, które doszły na szczyt tylko i wyłącznie dzięki ciężkiej pracy, i cierpliwości. Te, które unikały imprez jak ognia, odżywiały się zdrowo, codziennie chodziły na siłownię i ciężko pracowały nad portfolio i własnym doświadczeniu. Teraz są popularne, okrzyknięte „Top Model” a zawistni ludzie komentują „Pewnie przespała się z kim trzeba.” Nikt nie mówi o jej pocie wylanym na siłowni, łzach tuszowanych podczas dni rozłąki z najbliższymi, niekończących się sesjach zdjęciowych i życiu na walizkach.


5.     Modelki są idealne


       Dacie wiare?! Modelki są również ludźmi! Wiele razy spotykam się ze stwierdzeniem, że „ona jest modelką, więc wszystko ok.” Co oznacza, że modelka nie je, nie pije, może ciągle pracować, jej cera nie ma prawa do pryszcza na nosie podczas ważnego castingu, jej oczy nie mogą łzawić, gdy fotograf ma artystyczną wizję na rozwiane włosy przy pomocy ogromnego wiatraka, wycelowanego prosto w twarz dziewczyny. Ma być idealnie! Modelki również chorują, mają pryszcze, suche włosy, cellulit czy problemy. Nie jesteśmy idealne tak, jak pokazują to media. 





6.     Modelki leżą i pachną


         Przyznaję z uśmieszkiem na twarzy, że zdarzają się sesje zdjęciowe, podczas których połowa czasu ucieka mi na piciu kolejnej kawy, czytaniu książki czy rollowaniu instagrama. Oh taki dzień to raj! Raj, który nie zdarza się często. Dzień pracy modelki to bardzo często 12 godzin, ponad 200 ubrań do przebrania się i obowiązkowy uśmiech na twarzy. Do tego dochodzi lista castingów, na które trzeba transportować się szybciej niż struś pędziwiatr i dosłownie być w dwóch miejscach w tym samym czasie. Wtedy warunki nie sprzyjają, aby „tylko leżeć i pachnieć.” Ah... szkoda.   


7.     Modelki są materialistkami


       Długonogie piękności, żyjące w świecie mody. Zaraz po ukazaniu się najnowszych kolekcji projektantów, pędzimy do sklepów, wydając fortunę na ubrania, szpilki, torebki i bóg wie co jeszcze. Zapewne są takie modelki, osobiście nigdy takich nie spotkałam. Znam za to młode dziewczyny, które utrzymują swoich najbliższych. Znam nastolatki, które od najmłodszych lat próbują zarobić pieniądze i pomóc finansowo w domu rodzinnym. Ze łzami w oczach słuchałam wiele historii, gdzie dziewczyny opuszczały kraj i nie miały pieniędzy, które byłyby w stanie pokryć koszt biletu powrotnego. Historie ludzi z realistycznego świata. Jak wiadomo nic nie jest idealne, nawet, gdy jest się modelką.


8.     Modelki mają wszystko za darmo.


      Tego stereotypu nie jestem w stanie w pełni przełamać. To prawda! Niektóre ubrania czy kosmetyki to zwyczajnie prezent od projektanta. Bardzo często modelki zapraszane są na darmowe kolacje, imprezy czy koktajle. Jedyne co musimy robić to wyglądać olśniewająco i dobrze się bawić. Życie idealne prawda? Tu Was zaskoczę, ponieważ jak wiecie z własnego doświadczenia nic nigdy nie jest za darmo.... Na przykład za darmową kolacją stoi obowiązkowa obecność w klubie, a za darmową- kawą zdjęcie na instagramie. Ah... Dziwny jest ten świat!






       Stereotypy o modelkach dwoją się i troją. Z jakimi Ty spotykałaś się do tej pory? Koniecznie podziel się tym ze mną w komentarzach!



Udanego tygodnia kochani!



czwartek, 15 czerwca 2017

Koreańskie kosmetyki i codzienna pielęgnacja




       Z racji, że pojawiło się tak wiele pytań odnośnie moich skarbów przywiezionych z Korei, a także kosmetyków jakich używam do codziennej pielęgnacji, postanowiłam rzucić się na głęboką wodę i napisać post iście kosmetyczny. To mój pierwszy w takim stylu artykuł, więc wybaczcie moje niedociągnięcia, bowiem kosmetyczką nie jestem, a posiadana przeze mnie wiedza to ta, którą zaczerpnęłam podczas wypłakiwania i złoszczenia się na moją cerę, codziennych sesji zdjęciowych i pracy z wizażystami, a także miłości do kosmetyków naturalnych, która zrodziła się podczas mojego półrocznego pobytu w Korei Południowej. Jesteście ciekawe, co też kryje się w mojej toaletce? Zapraszam!




1.     Tonik do twarzy

      
       Na pierwszy ogień idzie tonik do twarzy, bez którego obecnie nie wyobrażam sobie życia. Moje wcześniejsze doświadczenia z firmą Ziaja z linii liście manuka niestety nie zachęcały do używania toniku. Ba! Byłam wręcz wrogo nastawiona i podważałam jakikolwiek sens jego używania. Do momentu, gdy wpadłam w ramiona InnisFree- koreański sklep kosmetyczny, o naturalnym składzie produktów i idealnym dla mnie działaniu. Tonik Jeju Sparkling Mineral Skin dla skóry normalnej i mieszanej, orzeźwia, przywraca odpowiednie PH skóry i niweluje zaczerwienienia. Produkt ten nie podrażnia, skład pozbawiony jest konserwantów, parabenów i alkoholu, a co najlepsze zawiera 80% wód termalnych z wyspy koreańskiej Jeju. Służy mi do porannego przemywania twarzy i przy mojej wrażliwej cerze jest wystarczający jako poranne orzeźwienie.


2.     Krem do twarzy

      
       Nakładany zaraz po użyciu toniku. Produkt z tej samej linii InnisFree Jeju Sparkling Mineral Lotion dla skóry normalnej. Idealnie nadaje się jako baza pod makijaż, nie podrażnia i przyjemnie lekko pachnie. W jego skład wchodzi 61% wód termalnych, olej macadamia, a kolejną gwiazdkę zdobywa za 6-free system. Po nałożeniu na twarz daje uczucie świeżości i przynosi zapach morskiej bryzy. Doskonale nawilża skórę. Czasem jednak moja cera mówi „Mam dosyć” i nie przyjmuje aż tak intensywnego nawilżenia. Wtedy na jakiś czas zamieniam na krem Lirene Bio, który ma lekkie nawilżenie i odpowiednią porcję witaminy E.  





3.     Krem pod oczy


       Wiem, że wiele opinii mówi, że nie powinno się stosować kremu przeciwzmarszczkowego pod oczy w tak młodym wieku. Swój pierwszy krem pod oczy zaczęłam używać regularnie w wieku 18 lat i nie żałuję. Skóra pod oczami jest bardzo delikatna i podatna na zniszczenia, co w mojej pracy jako modelka jest nieuniknione. Ciągły makijaż, drapanie skóry pod oczami różnego rodzaju pędzelkami i zmiana makijażu co kilka godzin bywa męcząca. Dlatego nic nie daje mi tak przyjemnego ukojenia, jak lekki krem pod oczy. Tutaj z pomocą przychodzi mi po raz kolejny InnisFree, które to wypuściło na rynek Orchid Eye Cream. Nawilża, zapobiega powstawaniu zmarszczek, redukuje cienie pod oczami i pachnie idealnie! Uwielbiam swoją poranną rutynę stosując skarby z InnisFree. Delikatna formuła kosmetyków sprawia, że nie obciążają one mojej skóry, dając jej zdecydowanie to, czego potrzebuje na cały dzień, a ich zapach przenosi mnie na łono natury, gdzie morska bryza muska moją twarz, a ja nie przejmuję się niczym. InnisFree ma wszystko pod kontrolą!







      A jeśli interesuje Was więcej informacji o koreańskich kosmetykach zapraszam na bloga Magdy, która miała przyjemność odwiedzić wyspę Jeju, skąd pochodzą kosmetyki InnisFree. Czytajcie jej relację z podróży tutaj ->Wizyta w InnisFree Jeju House


4.     Peeling do twarzy


      Stosuję raz w tygodniu i przyznam szczerze nie wypróbowałam ich zbyt wiele. Moim numerem jeden jest peeling enzymatyczny z Lirene i nie znam żadnych innych, a tubka powoli się kończy. Z przyjemnością poznam inne produkty!


5.     Maseczki w płachcie


      Szturmem podbiły kosmetyczny rynek i cieszą się ogromną popularnością. Komfort, idealne działanie, a także urocze opakowania sprawiają, że ja również nie mogę im odmówić. Domowe SPA z maseczką na twarzy na czele urządzam sobie raz w tygodniu, najczęściej jest to weekend, gdy mam najwięcej wolnego czasu lub poniedziałek, aby nadać mojej skórze blasku i zdrowego wyglądu na tydzień pełen castingów. Moje koreańskie zapasy maseczek przeważają w ulubieńców z InnisFree oraz Tony Moly. Wyjątkowo upodobałam sobie odżywiający brokuł i nawilżające awokado, a zielona herbata ratuje mnie z każdej hormonalnej opresji. Zachwalam, podziwiam i naprawdę polecam! Idealnie dopasowują się do twarzy, nawilżają cerę, dostarczają odpowiednich porcji witaminek oraz nadają skórze promienny wygląd.






6.     Pianka do mycia twarzy i płyn miceralny


       Na zdjęcie makijażu z pracy niezawodny jest dla mnie płyn miceralny. Tutaj akurat mam trzy ulubione pozycje Bioderma, Garnier oraz Lirene. Żadne mleczko, żadna woda, żel, czy inne dziwactwa! Do demakijażu najlepiej sprawdza się płyn miceralny.

       Na głębokie oczyszczenie zaraz po zmyciu makijażu stosuję piankę InnisFree real olive- istny hit, do którego na początku byłam uprzedzona. W pierwszych dniach stosowania odwiedził mnie ogromny wyprysk na policzku, więc zła i rozczarowana odłożyłam produkt na półkę. Jak się później okazało była to wina nowego kremu, stosowanego kilka dni z rzędu w pracy. Zatem przeprosiłam się z pianką do mycia twarzy i przez ostatnie miesiące nie rozstaję się z nią. Idealnie oczyszcza twarz przez co pożegnałam się z zaskórnikami i wągrami, nie wysusza i nie ściąga cery. Idealna!

Po prawej stronie pianka do mycia twarzy, a po lewej nieziemski balsam do ciała o zapachu wanilii. 





      
        To pozycje numer jeden w mojej pielęgnacji. Czy znacie któreś z tych produktów? Czy koreańskie kosmetyki również podbiły Wasze serca?

Ściskam !



niedziela, 11 czerwca 2017

Bóg w wielkim mieście- recenzja książki



       Zazwyczaj nie sięgam po książki o tematyce religijnej. Zapisane strony w grubych oprawach zdają się być tak nierzeczywiste, bije od nich chłód na kilometr. Przeraźliwie krzyczą: „Trzymaj się ode mnie z daleka.” Główny bohater powieści zawsze jest taki surowy i poważny. Siedzi dumnie i bacznie obserwuje każdy mój ruch, jak gdyby tylko czekał, aby wydać mi wyrok. Jest zupełnie inny, niż Ten, Którego znam osobiście. Mój Bóg pomaga wstać, kiedy upadam, troskliwie otacza mnie swoją opieką i wybacza za każdym razem, gdy zbłądzę na życiowej ścieżce. Nie znam złości Boga, ani kary, bo w Nim jest największa miłość, jaką człowiek może zaznać. Tam nie ma miejsca na złość. Mój Bóg jest właśnie taki, jakiego spotkała Katarzyna Olubińska.







       Jej książka wpadła w moje ręce zupełnie przypadkowo. Z ciężkim koszem pełnym produktów stałam w kolejce do kasy w Biedronce. W myślach analizowałam listę zakupów, komponowałam owoce, które jako przyszły deser wylądują w blenderze. Kusiłam się również na bardziej niezdrowe słodkości i z ciekawością zaglądałam do koszyków moich rodaków. Swoją drogą to naprawdę intrygujące, jak wiele mówi o człowieku lista jego zakupów! Moją uwagę rozproszył pudrowy róż, krzyczący do mnie z wysepki z książkami. W pierwszym odruchu pomyślałam, że to kalendarz. Idealny, kobiecy z delikatną okładką. Tytuł książki mówił: „Bóg w wielkim mieście”. Uśmiechnęłam się, intuicyjnie przeczuwając, że ta książka będzie wyjątkowa.

        Zaczęłam ją czytać już kilka dni później w samolocie, lecącym do Paryża. Tytuł wpisał się idealnie w moje życie.

       Książka leży w dłoni jak ulał. Piękny, pudrowy róż, stylowa oprawa i zdjęcia, które wprawiają w romantyczny klimat czytania. Białe filiżanki z parującą kawą, świeże bukiety kwiatów, zielone ogrody, czy tryskająca magicznym światłem Katarzyna Olubińska. Kolejne rozdziały, będące tym samym wywiadami ze sławnymi osobami, rozpoczynają cytaty, krótkie zapowiedzi lub rysunki, malowane niczym dłonią dziecka. Istne dzieło! Autorka rozmawia z celebrytami o sprawach, wobec których wszyscy jesteśmy sobie równi: wiara, życie, śmierć, miłość, strach i cierpienie.





       Tutaj Was zaskoczę, ponieważ mimo urzekającej szaty graficznej nie polubiłam się z treścią. Drażniły mnie wypowiedzi gwiazd i co chwila prychałam ze złością. Kręciłam głową z niedowierzaniem, chcąc złapać za komputer i natychmiast naskrobać maila do celebrytów, że to nie tak! Że nie mają racji i wprowadzają ludzi w wielki błąd!

Co mnie zabolało?


       Każdy odbiera Boga na swój sposób. Istotna jest różnica, w kogo tak naprawdę wierzy dana osoba. Tutaj jednak wszyscy zgodnie powoływali się na Pismo Święte, a skoro tak, mówili również o moim Bogu! Zabolało mnie, że traktują Go jak złotą rybkę, spełniającą życzenia. Jako dziadka na chmurce, który czeka na ich prośby. Egoistyczna postawa, krzycząca na wszystkie strony: „Bóg jest wspaniały, jest mi z nim tak wygodnie!” Znany aktor mówi: „Staram się żyć tak, żeby niczego nie musieć i z niczego się nie tłumaczyć. Nawet Bogu.” No tak, Pan Wygodniś. A co z poświęceniem? Co z obowiązkiem, wywodzącym się z bycia chrześcijaninem? Czy ktokolwiek zadał sobie pytanie zwrotne: Czego tak naprawdę chce ode mnie Pan Bóg? Co JA mogę podarować JEMU? Czytając początek wywiadów czułam dziwny niedosyt i pustkę. Zupełnie tak, jak gdyby chrześcijaństwo obecnie opierało się tylko i wyłącznie na wierze w staruszka na chmurce i proszeniu go o spełnienie marzeń, pragnień i zachcianek. Takie święta Bożego Narodzenia przez cały rok.





Światełko

   
       Dalsza część książki niespodziewanie przyniosła świeży powiew optymizmu.Pełna światła, przepięknych cytatów, zachęcających do refleksji i zmian. Wzruszające historie ludzi, którzy na wielkich ekranach telewizora zdają się być tacy szczęśliwi i idealni. Gwiazdy, opowiadające o swoich rozterkach i chwilach upadku, zwierzenia z tak intymnych rzeczy, jak uzależnienia czy depresja. Wszystko to sprawia, że do głowy nasuwa się jedna myśl. Myśl o tym, że wszyscy zostaliśmy stworzeni z jednym pragnieniem, pragnieniem miłości oraz tęsknotą za Bogiem. Nieważne, czy jest to sławna aktorka, top modelka, wybitny pisarz, czy dziennikarka. Wszyscy jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Pragniemy kochać i być kochanym. Chcemy żyć w społeczeństwie, gdzie nie ma nienawiści i przemocy, a najważniejszą wartością jest miłość i pomoc bliźniemu. Wyjątkowo spodobał mi się wywiad z Izabelą Miko oraz Maciejem Musiał. Czyste, realne i logiczne same w sobie. Urzekła mnie ich świadomość obecności Boga i traktowanie Jego słów jako drogowskaz, GPS w życiu. Wiedza, że wiara =wyzwanie.





      Wzruszył mnie również rozdział książki pt. „Małe gesty”, który pokazuje wielki świat z innej perspektywy. Pełen ludzi bezdomnych i głodnych, ubogich, którzy wszystko stracili. Świat pełen niepełnosprawnych i tych, walczących o życie. Cudowna postawa Katarzyny Olubińskiej motywuje do pomocy w tak magiczny sposób. Poprzez pozytywną energię, szczerość i otwartość pokazuje, że wiara i Bóg są jej codziennością. Idą razem przez życie jak najlepsi partnerzy. ON daje jej siłę do walki, spokój ducha i miłość, a ona poprzez Małe Wielkie gesty ratuje ludzkość.

      „Bóg w wielkim mieście” to zdecydowanie książka ku pokrzepieniu serc. Zmusza do refleksji nad własnym życiem, zachęca do poszukiwań obecności Boga w codziennym życiu, a na przykładzie wywiadów ze znanymi osobistościami, pokazuje, że wiara jest lekiem na całe zło. Daje siłę, wypełnia miłością i spokojem, pobudza do życia i nadaje mu sens.





     „ Jestem wdzięczna Bogu za to, że mnie uwalnia i przywraca wzrok. Dzięki Niemu nauczyłam się w końcu doceniać swoje życie. Wiem, że wiele razy jeszcze upadnę, ale chcę dalej iść z Nim, obojętnie już: w małym czy wielkim mieście. Z Nim jestem po prostu szczęśliwa. Jeśli się Go tylko złapie za rękę i zrobi jeden mały krok, On działa w życiu niewyobrażalne cuda.”


      Podpisuję się pod tym obiema rękami - Paulina G Lifestyle


      Ciekawi mnie czy ktoś z Was trafił już na tą książkę? Jakie wrażenia po przeczytaniu? Koniecznie podzielcie się tym w komentarzach!





środa, 7 czerwca 2017

Czy Paryż rzeczywiście jest miastem miłości?




       Takie pytanie przyszło mi do głowy, gdy razem z moją drugą połówką wybraliśmy się na spacer pod wieżę Eiffla. Był wtedy upalny piątek, dzień wolny od pracy w całej Francji. Zdaje się, że każdy miał podobny plan na słoneczne popołudnie. Spacer pod symbolicznym punktem stolicy, kawa w jednej z uroczych restauracji i naleśniki zakupione od mężczyzny, jeżdżącego w małym domku na rowerze. Tłumy ludzi, krzyki,deptanie się nawzajem po piętach i trudności ze zwyczajną rozmową. Gdzie jest ten romantyzm? Co stało się z się z magiczną atmosferą, o której tak głośno krzyczy świat?





       Ulice Paryża pełne są ludzi. Każdy chce złapać Twoją uwagę. Czarnoskórzy mężczyźni oferują malutkie figurki wieży Eiffla, pocztówki czy zwyczajne podróbki torebek. Oczywiście roszczą sobie prawa do nagabywania Cię, przekonywania, że potrzebujesz ich produktów. Wypytują o kraj pochodzenia, zwiedzanie, historię miłości, a na koniec, gdy odchodzisz od stoiska bez nowego nabytku, krzyczą na Ciebie w obcym języku lub patrzą złowrogo. Jeszcze inni stoją przy wejściu swoich restauracji, zapraszając turystów do środka. Co kilka kroków wlepiają Ci menu w twarz, zapewniając, że to jedyne takie w całym Paryżu! Że ceny biją na głowę, a jaki smak i aromat... a tuż za rogiem następnej ulicy można spotkać identyczne przedstawienie.

      Z dala od turystycznego zgiełku jest jakby ciszej, chociaż zapach spalin i głośne skutery bezustannie przypominają o tym, że jesteś w wielkim mieście. Tutaj musisz być czujna. Roi się od mnóstwa pijanych mężczyzn, którzy stracili wszystko i oddali się nałogom. Matki z dziećmi, mieszkającymi na ulicy, dziesiątki ludzi, pytających o pieniądze, czy o coś do jedzenia. Sterty śmieci porozrzucane po ulicach i graffiti na budynkach.

       Najbardziej uderzająca w Paryżu jest różnorodność kulturowa. Dzielnice Żydów, Czarnoskórych, Turków czy Arabów, a w każdej z nich wypada szanować ich kulturę i obyczaje. Pewnego razu razem z J.postanowiliśmy odkrywać miasto bez mapy i środków komunikacji miejskiej. Wybraliśmy sportowe obuwie, załadowaliśmy wodę do plecaka i ruszyliśmy w drogę! Podziwialiśmy piękne kamieniczki i bogatą architekturę, odkrywaliśmy nowe kawiarnie  z intensywnym aromatem kawy i śmialiśmy się z rodowitych Francuzów, noszących pod pachą bagietki. Sielanka nie trwała długo, bo już po chwili trafiliśmy na ulicę, która zdawała się nie mieć końca.  Dziwny zapach i śmieci dookoła, połamane meble, leżące na chodniku i brudne materace, na których zapewne śpią bezdomni. Mnóstwo kobiet muzułmańskich i mężczyzn dziwnie patrzących na moje odkryte ramiona przy prawie trzydziestostopniowym upale. Miałam wrażenie, że niedługo razem z moim chłopakiem zostaniemy zaatakowani lub okradzeni, tak jak słyszałam to w opowieściach znajomych mieszkających w Paryżu. Na szczęście nic takiego się nie stało, ale cały ten obraz to właśnie Paryż w oczach bacznego obserwatora.





       Inny Paryż to serce Europy, zwany stolicą mody czy miastem miłości. To w tym Paryżu życie płynie niczym usłane różami. Można zachłysnąć się bogactwem miasta i pięknem architektury. Urocze kamieniczki, zdobione balkony i wysokie okna sprawiają, że w wyobraźni przenosimy się do romantycznych ujęć z filmów. My kobiety, marzymy o wyczekiwaniu w królewskiej komnacie na księcia, który przyjedzie po nas w karocy. Śnimy o pocałunku w środku nocy pod wieżą Eiffla czy kolacji na statku, płynącym rzeką Sekwana. Romantyczny nastrój udziela się najbardziej w weekendy. W te dni miasto delikatnie zwalnia. W parkach można spotkać rodziny grające w piłkę, dziadków, kupujących lody dla swoich pociech czy całe psie towarzystwo.  Stoliki w pubach i na ulicach pozajmowane są przez grupki przyjaciół, raczących się winem i oliwkami. Sielska atmosfera udziela się przechodniom, co niektórzy z nich proszą o zapalniczkę do papierosa i zwyczajnie dosiadają się. Kobiety ubrane tak elegancko i szykownie stukają obcasami o chodnik, zachęcając Francuzów do zaczepki. Wieczory zarezerwowane są dla par. Między bulwarami spacerują zakochani, trzymających się za ręce  i słodko gaworząc. Parki wypełnione są rozłożonymi kocami, koszykami z jedzeniem (obowiązkowo wino i bagietka) oraz spektakularnym widokiem zachodzącego słońca.




  
       Romantyczne uniesienia potęgują się na moście Pont des Arts, gdzie kochankowie zapinają swoje kłódki na balustradzie, przysięgając sobie dozgonną miłość, a kluczyki wrzucają do biednej rzeki Sekwany. Jako ciekawostkę zdradzę Wam, że w 2014 r. władze zakazały wieszania kłódek na moście z powodu urwania się części konstrukcji. Pojawiła się tablica z napisem: „Make love not love locks” , co dosłownie może oznaczać „Uprawiaj miłość, nie kochaj kłódek”. Brawa dla władzy! Co więcej bardzo popularne są rejsy statkiem po słynnej rzece, kolacja w wykwintnej restauracji, czy romantyczne przechadzki w Ogrodach Luksemburskich, w Wersalu pod Paryżem, czy znanych z piosenek Champs Elysees. Rozdmuchany Paryż przyciąga coraz większą liczbę turystów. Wszyscy pragną pocałunku pod Wieżą Eiffla, piekielnie drogich kolacji, wypitej butelki wina na Polach Marsowych i pikniku na trawie w towarzystwie tysiąca innych, zakochanych par. I gdzie ten romantyzm?





       Paryż ma dwie różne twarze, a to sprawia, że nie do końca odnajduję się w tym miejscu. Powiedzcie mi kochani, czy tylko ja jestem taka dziwna?



W romantycznej zadumie, 
Wasza Paulina G Lifestyle




sobota, 3 czerwca 2017

Casting w Europie




       Otwieram oczy jeszcze przed budzikiem. Przez okno dobiega mnie hałas uliczny i budzące się do życia wielkie miasto. Pędzące skutery, szum aut, niecierpliwe klaksony i krzyki ludzi. Od czasu do czasu przejeżdża karetka na sygnale lub daje o sobie znać szczekający pies. Paryż budzi się do życia, a razem z nim ja! Zaparzam kawę, sporządzam omlet na słodko i zasiadam przed komputerem. Czasem bloguję, bo właśnie wtedy mój umysł pracuje najlepiej, a czasem zwyczajnie czytam inne artykuły. Poszukuję inspiracji, karmię duszę i spokojnie delektuję się aromatyczną kawą. To jest scenariusz idealnego poranka, gdy uda mi się wstać wcześnie, a grafik pełen castingów nie jest aż tak mocno napięty. Mam czas na wybudzenie się i rozpoczęcie dnia w ulubionym stylu. Jak pięknie jest być rannym ptaszkiem!

       Inaczej ma się sytuacja, gdy zaraz po przebudzeniu zmuszona jestem do natychmiastowego przestawienia się na tryb aktywny. Analizuję listę czekających na mnie zadań, zagubiona poszukuję na mapie miejsc spotkań i nerwowo kalkuluję, czy tego dnia uda mi się zjeść obiad? O zgrozo! Właśnie te dni wypełnione są po brzegi castingami.




    
       Ci, którzy są ze mną od początku zapewne pamiętają wycieczkę na azjatycki casting. Zabrałam Was wtedy na rozmowę kwalifikacyjną, odsłoniłam kilka tajemnic z życia modelek i pokazałam cząstkę świata mody za kulisami. W celu uzupełnienia informacji na temat czy castingi są płatne, jak wygląda takie spotkanie i co najlepiej na siebie włożyć odsyłam Was do artykułu -> Zabieram Was na casting w Azji. Dzisiaj czas na zabiegany maraton w Europie!

         Tutaj rzeczy mają się inaczej. W Europie mogę pożegnać się z troskliwym kierowcą, który wozi mnie od drzwi do drzwi, przy okazji rozdając mi słodkości. O nie! Tutaj muszę zatroszczyć się o wszystko sama. Ogarniam mapę (dzięki Bogu nowoczesne smartphon’y ogarniają połowę rzeczy za mnie), kupuję bilety lub wyrabiam kartę miejską, organizuję dzień tak, aby zdążyć na każde spotkanie, a tym samym nie chodzić cały dzień głodna. Ta strona ma również swoje plusy, ponieważ sama decyduję którą ścieżką iść. Mogę pomiędzy castingami zjeść obiad w wybranej przeze mnie knajpie, odwiedzić wieżę Eiffla lub zwyczajnie zgubić się między uliczkami i odkryć prawdziwą duszę miasta.
 Ale! Od początku!


Szybka kawa na drogę i ruszamy! Castingi czekają!


                                                                                                                                     

Mam casting!


       Informacje o poszczególnych castingach dostaję zawsze wieczorem, dzień przed. (Ważna informacja dla tych,którzy z dziwną miną patrzą na mnie, gdy w południe oznajmiam, że nie znam swojego grafiku na kolejny dzień). A więc każdego wieczoru wskakuje do mojej skrzynki pocztowej e-mail od agencji z listą spotkań. Mapa, zegarek i notes idą w ruch! Sprawdzam adresy poszczególnych miejsc, nazwy stacji metra, skanuję rozkład uliczek, aby jak najszybciej i na czas dotrzeć na miejsce. Dziennie mogę mieć tylko jeden casting, ale w zabieganym sezonie może zdarzyć się osiem, a nawet dziesięć. Znajomość miasta, szybkie ruchy oraz umiejętność organizacji są niezbędne do przetrwania!

Dress code



       Strój prawdę Ci powie. Taka zasada sprawdza się również na castingu. Jakby nie było codziennie spotykam wielu sławnych projektantów mody, którzy zwracają ogromną uwagę na ubiór i styl. Przeważnie stawiam na prostą elegancję, czarną marynarkę, koszulę i szpilki. Nie żałuję sobie również zakładania szortów, czy luźnych kurtek jeansowych, tak ubrane modelki również można spotkać. Osobiście stawiam na klasykę i czuję się lepiej w eleganckich kreacjach.

       Zdarza się, że projektant zaznacza co modelka ma na siebie włożyć, przychodząc na jego casting. Może to być elegancka sukienka,jeansowe szorty czy coś mega fashion (burza mózgów i zdaję się na blogi modowe) . Cyrk zaczyna się wtedy, gdy w jednym dniu mam pięć castingów, a każdy projektant życzy sobie zobaczyć mnie w jeansowych szortach, sukience lub dla odmiany bikini. Witaj walizko całe moje życie!




Casting właśnie się zaczął!



      Gdy już uporam się z wyborem odpowiedniej kreacji, znajdę adres i dotrę, daj Boże, na czas... zaczyna się casting. Jak wspominałam -> tutaj takie spotkania w Azji należą do łatwych, ponieważ towarzyszy mi na nich mój osobisty manager. Tłumaczy język, przedstawia mnie, odpowiada na wszelkie pytania i ustala szczegóły pracy. W Europie zdana jestem sama na siebie. Prezentuję swoją książkę ze zdjęciami, wdaję się w rozmowę z projektantem i opowiadam o własnych doświadczeniach. Bardzo często przymierzam ubrania z danej kolekcji lub zwyczajnie chodzę na szpilkach tak, jak robią to modelki na wybiegu. Przeważnie na swoją kolej trzeba się naczekać. Są niekończące się schodami kolejki na drugie piętro, gdzie setka długonogich pięknych dziewczyn oczekuje na swoją szansę i własne pięć minut. Mam szczęście, jeśli miejsce, w którym odbywa się casting jest puste i nie muszę spędzać kolejnych godzin w kolejkach.




Uwaga! Wchodzę!



       Po wejściu do pracowni projektanta lub zwyczajnie do jego biura zazwyczaj rozmowa zaczyna się od podania imienia oraz kraju pochodzenia. Bardzo często wywiązuje się luźna pogawędka na temat pogody, miłości do Paryża lub dla bardziej wtajemniczonych kila komentarzy o nadchodzącej kolekcji. Projektant z uwagą studiuje rysy twarzy modelki, sprawdza jej mimikę oraz to jak się porusza. Bardzo dużą rolę odgrywa również portfolio i doświadczenie dziewczyny. No cóż... Konkurencja jest spora.

       W zależności od tego na co jest dany casting, trwa on nie więcej niż 30 min. Po takim spotkaniu zazwyczaj wychodzi się otępiałym. Wszyscy są dla siebie przemili aż czasem nienaturalni, można oberwać kilka kąśliwych uwag na temat swojego wyglądu lub dla odmiany wyjść cała w skowronkach, bo ktoś potraktował Cie jak gwiazdę albo przynajmniej jak człowieka... O życiu i relacjach w świecie modelingu z chęcią pokusiłabym się na następny temat na Paulina G Lifestyle. Dajcie mi tylko znać o czym najchętniej poczytalibyście, bo ja osobiście mam dla Was setki historii nie z tego świata.

Wyprawka na cały dzień w plecaku, portfolio pod pachą (tego akurat dnia mój ukochany chłopak dźwigał za mnie stosy zdjęć) i oko w oko z projektantem!



       Kolejne dni lub tygodnie czekam na odpowiedź czy dana sesja zdjęciowa odbędzie się wraz z modelką w roli głównej, czy też muszę chodzić na kolejne castingi, i kolejne, i kolejne też...

       Dopijam kawę z mojego ulubionego kubka i biegnę na odkrywanie Paryża. W końcu dzisiaj wolna sobota. Łapcie mnie na instagramie i na Facebook'u .


Miłego weekendu!